Nikt nie wiedział, skąd przyszła. To samo w sobie było w Łopience dziwne. Wieś siedziała w dolinie przy potoku, tak ciasno wciśnięta między zbocza Łopiennika i Falowej, że obcy tu nie wpadali przypadkiem. Do Cisnej daleko, do Lutowisk jeszcze dalej. Obcy nie przychodził tu bez powodu, a jeśli już przyszedł, to wszyscy wiedzieli po co.
Paraszka nie miała powodu, a może miała taki, którego nikomu nie powiedziała.
Zjawiła się gdzieś na początku lat dwudziestych. Starsi mówili „przybyła zimą”, bo pamiętali, że ziemia była zamarznięta, kiedy zobaczyli ją po raz pierwszy. Skąd, po co, tak sama sobie? To wiedziała tylko ona. Zamieszkała w małej chyży na skraju wsi, na zakup ziemi dała nie za dużo i nie za mało, czyli tyle, żeby nie było o czym gadać. Grekokatolicka, to pewne, bo chodziła do cerkwi. Bojkowska? Może ale po dialekcie nie dało się powiedzieć, skąd.
Dzieci do niej lgnęły. I to był, jak się okazało, jej prawdziwy powód.
Nie miała własnych. Miała za to cierpliwość innego rodzaju niż stare kobiety we wsi, tę cierpliwość, która nie pyta „po co pytasz”, tylko odpowiada. Nastusia, córka Hawryszczuka z sąsiedniej chyży, w wieku ośmiu lat sama zdecydowała, że Paraszka jest jej trzecią babką. Nikt temu specjalnie nie zaprzeczał.
Paraszka miała jedną dziwność, poza tą, że nikt nie wiedział skąd jest. Chodziła na skały za wsią. Nie po grzyby i zioła. Po nic. Stała tam i kładła ręce na kamieniach. Ludzie mówili, że rozmawia. Mówili to bez złości, raczej z tym bieszczadzkim wzruszeniem ramion, które znaczy: coś jest na rzeczy, ale trudno powiedzieć co.
Kamieniom ciężko
Nastusia pewnego lata poszła za nią. „Babko Paraszu. Po co to robisz? Paraszka się nie odwróciła od razu. Najpierw skończyła to, co robiła. „Kamieniom ciężko Nastuś” powiedziała w końcu. Mówiła trochę inaczej niż wszyscy we wsi, przestawiała słowa nie tak jak trzeba. „Pam’yatayut’ vse.” Pamiętają wszystko. „Każdą wojnę, każdy głód, każdego człowieka, co tu leżał i nie wstał. My zapominamy, bo nam łatwiej żyć, jak zapominamy. Kamień nie może zapomnieć. I to jest jego ciężar.”
Nastusia dotknęła skały. Zimna, chropowata. „A kwiaty?” zapytała, bo widziała je przecież, te różowe, wyrastające wprost ze szczelin między kamieniami, tam gdzie nie ma gleby, gdzie być ich nie powinno. Paraszka kucnęła przy Nastusi. Wskazała na goździki wciśnięte między kamienie. „Mówią ludzie” powiedziała „że piekło jest usłane kamieniami. Że cierpienie to kamień, ból to kamień, śmierć to kamień.” Wzruszyła ramionami tak, jak się wzrusza, kiedy się nie zgadza, ale nie chce się kłócić. „Może i racja, ale patrz. Tu w Bieszczadach kamienie są usłane kwiatami.” Chwila ciszy i szum potoku w dole. „To znaczy, że te kamienie, choć tyle pamiętają, i tak kwitną.” Nastusia długo patrzyła na te kwiaty. „I ty im pomagasz?” „Nie” powiedziała Paraszka. „Ja im tylko mówię, że wiem.”

Co zostało po Paraszce
Paraszka umarła w lutym 1931 roku. Nikt nie wiedział, ile miała lat. Pochowano ją, jak prosiła, na wzgórzu przy skałach.
Nastusia przeżyła wojnę. Przeżyła wysiedlenie w 1947 roku, załadunek na wóz o świcie, kiedy wojsko dało dwie godziny na spakowanie całego życia w tobołek. Przeżyła tygodnie czekania pod gołym niebem na polnym punkcie zbornym, gdzie kilka wsi siedziało razem w ciszy, bo nie było co mówić. Przeżyła wagony, w każdym osiem rodzin, zapach potu i strachu, czerwonkę u dzieci, kawę gotowaną na cegłach na peronach obcych stacji. Przeżyła nowe życie na Dolnym Śląsku, gdzie nikt nie wiedział, co to Łopienka i co to grań Łopiennika nad głową, kiedy wychodzisz rano po wodę.
Zabrała ze sobą dwie rzeczy: chustkę Paraszki i te słowa. Nie wiedziała, że słowa wrócą przed nią.
Z notatnika artystki
Tę historię znam od kogoś, kto znał kogoś. Tak właśnie działają bieszczadzkie opowieści: chodzą po ludziach, gubią po drodze szczegóły, a zyskują coś innego.
Zostałam tu, bo ten potok, te kamienie, te kwiaty i ta nieprawdopodobna trwałość jednych i drugich trzymają mnie mocniej niż jakikolwiek plan. Kiedy biorę do rąk kawałek drewna albo bryłę gliny, wiem, że działam tą samą zasadą co goździk rosnący w szczelinie skały. Trwanie wbrew logice. Kwitnienie tam, gdzie nie ma czym.
Może dlatego moje anioły mają twarze, które widziały za dużo. I skrzydła, żeby stąd nie uciekać.

