Wiązanki na Wszystkich Świętych pachną dla mnie chryzantemami i mokrą ziemią, dokładnie tak, jak pachniała wczesna jesień w moim dzieciństwie. Moje korzenie głęboko sięgają florystyki, a miłość do roślin towarzyszy mi w zasadzie od najmłodszych lat. Jako mała dziewczynka dorastająca we Lwowie, każdego dnia po lekcjach z biciem serca biegłam do zaprzyjaźnionej pani kwiaciarki. Prowadziła ona swój wypełniony barwami sklepik tuż przy moim rodzinnym domu. To właśnie tam stawiałam swoje pierwsze kroki wśród kwiatów. Z ogromną przyjemnością pomagałam w drobnych pracach, z fascynacją podpatrywałam, jak starannie układała kwiaty, i chłonęłam absolutnie każdy zapach tego miejsca. To był mój mały, zaczarowany świat. Już wtedy, z głową pełną wyobrażeń, marzyłam o tym, że kiedyś dorosnę i będę miała własną, pełną magii kwiaciarnię.
Spis treści
Gliniane anioły i kwiaty, które we mnie zostały
Życie poprowadziło mnie w inną stronę. Moje dłonie częściej mają dziś do czynienia z gliną niż z kwiatami, a w Bieszczadzkiej Aniołomanii lepię dla Was anielskie figury. Pasja do roślin jednak nie zgasła, tylko przycupnęła w kącie pracowni i czeka na swój czas. Wracam do niej przy warsztatach florystycznych i przy tradycyjnych, sierpniowych bukietach na święto Matki Boskiej Zielnej, a czasem robię nowoczesne kompozycje w kwiatowych pudełkach albo zielone lasy zamknięte w szkle. Jest jednak w roku taki czas, kiedy kwiaty wołają mnie głośniej niż zwykle.
Dlaczego 1 listopada jest dla mnie wyjątkowy
Jest jednak w roku taki jeden, szczególny czas, kiedy wracam do kwiatów z największym sentymentem. Moją wielką, choć może dla niektórych nietypową pasją, jest tworzenie stroików ii wiązanek na 1 listopada. Tworzenie takich kompozycji to dla mnie coś więcej niż tylko praca manualna. To chwila zadumy nad przemijaniem i wspomnienie ludzi, których już z nami nie ma, a którzy byli nam tak bliscy.
Od wieków kwiaty kładzione na grobach symbolizowały kruchość ludzkiego życia. Sam kształt wieńca, będący okręgiem bez początku i końca, to przecież piękny znak wieczności i nieprzemijającej pamięci. Kiedy przygotowuję listopadowe wiązanki, staram się zamykać w nich kolory jesiennych Bieszczad. Wybieram głębokie rudości, miedź, czerwień i złoto, ponieważ te barwy dają tak dużo słońca i ciepła w ten nostalgiczny, często szary czas.
Jak powstają moje wiązanki
Każda kompozycja, która wychodzi spod moich rąk, ma swoją własną historię. Kiedy zabieram się do pracy tuż przed moją pracownią, w otoczeniu chłodnego, jesiennego powietrza, najpierw pozwalam przemówić kolorom. Zawsze uwielbiałam łączyć głębokie, nasycone barwy, które kojarzą mi się z bogactwem tutejszej natury.
W moich wiązankach często dominuje burgund, zgaszony róż, dojrzała czerwień i królewski fiolet. Te mocne tony bardzo lubię przełamywać jaśniejszymi akcentami, na przykład delikatną, kremową bielą lub brzoskwiniowymi odcieniami, które dodają całości lekkości.
Podstawą moich wieńców bardzo często jest to, co naturalne. Wykorzystuję sploty gałązek, korę czy miękki zielony mech. To właśnie one nadają kompozycjom rustykalny, nieco dziki charakter, tak bliski naszym bieszczadzkim krajobrazom.
Najchętniej układam rozłożyste, asymetryczne formy, w których prężą się chryzantemy, dalie i róże, otulone liśćmi w odcieniach miedzi i rudości. Pracuję z sercem, często rozkładając te kwiatowe obrazy wprost na bruku przed wejściem, aby sprawdzić, jak układają się w naturalnym słońcu. Zdarza się nawet, że w tych kwiatowych przymiarkach asystuje mi mój koci pomocnik, który uwielbia chować się wśród liści i pąków. Każda z tych wiązanek jest inna, bo przecież każda pamięć o bliskich ma swój unikalny odcień.

Dlaczego czasem wybieram sztuczne kwiaty? Bieszczadzka ciekawostka
Często pytacie mnie, dlaczego w moich stroikach pojawiają się również sztuczne kwiaty. Mam na to swoje małe, bieszczadzkie wyjaśnienie. Po pierwsze, dzisiejsze sztuczne kwiaty są tak starannie wykonane, że do złudzenia przypominają te prawdziwe. Po drugie, w naszym specyficznym klimacie kompozycja z żywych roślin przetrwałaby na cmentarzu zaledwie jeden dzień. Nie jest to absolutnie żaden zabobon, a po prostu tutejsza natura. Nocą na nagrobki przychodzą bowiem wyjątkowi goście. Stada jeleni odwiedzają bieszczadzkie cmentarze niczym najlepszą, darmową restaurację i bezbłędnie wyjadają to, co smakuje im najbardziej, czyli właśnie świeże kwiaty. Wybór sztucznych roślin to zatem po prostu mały kompromis pomiędzy pięknem estetyki a nieubłaganymi prawami naszej dzikiej przyrody.
Skąd wzięły się kwiaty i wieńce na grobach?
Kwiaty od dawna uchodziły za znak kruchości życia. Rozkwitają, pachną, a po kilku dniach opadają. Trudno więc o lepszy dar dla tych, którzy odeszli. Sam wieniec jest okręgiem bez początku i końca, starym znakiem wieczności i pamięci, która się nie kończy. Dzisiaj często przystrajamy groby także świeżymi gałązkami drzew iglastych, które zachowują zieleń, kiedy wszystko wokół traci kolory.
Śladami Łemków i Bojków na bieszczadzkich cmentarzach
Bieszczady i sąsiedni Beskid Niski to dawny dom Bojków i Łemków. Ich podejście do pamięci o zmarłych było bliskie naturze. Nie było tu miejsca na krzykliwe ozdoby. Na grobach kładziono to, co dał las i przydomowy ogródek. W takich wiązankach królowała jedlina symbolizująca nieśmiertelność oraz barwinek, który dla tutejszych ludzi był mocnym znakiem wiecznego życia i pamięci. Do tego dodawano trochę mchu i suszone trawy. Miało być naturalnie, a że z reguły żyło się tu biednie, to i same stroiki były bardzo skromne.
Upiorny listopad, dawne wierzenia i światło zniczy
Moje rodzinne strony, czyli okolice Ustrzyk Dolnych, Liskowatego i Krościenka, to od zawsze był niesamowity tygiel kulturowy. Przez wieki żyli tu obok siebie rzymscy katolicy, grekokatoliccy Bojkowie, ewangeliccy osadnicy oraz wyznawcy judaizmu. Tak się złożyło, że wszystkie te chrześcijańskie religie wspominały swoich zmarłych właśnie w listopadzie. Katolicy szli na cmentarze na początku miesiąca, grekokatolicy w okolicach ósmego listopada, a ewangelicy pod sam koniec roku kościelnego. Z tego powodu cały bieszczadzki listopad był miesiącem wyjątkowym, pełnym zadumy, ale dla wielu także dość upiornym.
Musicie wiedzieć, że na tych ziemiach głęboka religijność od zawsze mocno mieszała się z dawnym pogaństwem. Ludzie żyli tu bardzo blisko surowej natury i czuli ogromny respekt przed tym, co nieznane. Wierzono, że jesienią granica między światem żywych a zmarłych staje się niezwykle cienka. Strach przed duszami błąkającymi się po nagłej śmierci był tak wielki, że zdarzały się tu nawet pochówki wampiryczne. Aby zabezpieczyć się przed upiorem, szyję zmarłego owijano kolczastymi pędami dzikiej róży, wbijano żelazne gwoździe, a do trumny sypano mak, ponieważ wierzono, że demon nie wyjdzie, dopóki nie policzy każdego ziarenka.
Właśnie z tego strachu, ale i z wielkiej troski o bliskich, zrodził się piękny zwyczaj związany z ogniem. W te jesienne dni na rozstajach dróg, na łąkach i przy mogiłach rozpalano wielkie ogniska, nazywane watrami. Z jednej strony ogień miał chronić żywych przed złymi mocami, a z drugiej miał ogrzać dobre, powracające dusze przodków i bezpiecznie oświetlić im drogę do domu. Z czasem dawne obrzędy płynnie przeniknęły się z wiarą, a Kościół nadał temu światłu nowy sens, widząc w nim symbol światłości wiekuistej. Kiedy więc dziś, wieczorem pierwszego listopada, patrzę na cmentarz rozbłyskujący setkami małych płomyków, zawsze widzę w nich żywe echo tamtych dawnych, bieszczadzkich ognisk. To płomyki, które niosą ciepło i pamięć, niezależnie od tego, skąd wywodzą się nasze korzenie.
Zapomniane bieszczadzkie cmentarze i światełko pamięci
Kiedy dzisiaj patrzę na Bieszczady, widzę dzikie przestrzenie i jedno z najrzadziej zaludnionych miejsc w Polsce. Łatwo odnieść wrażenie, że te góry od zawsze należały głównie do natury. Przed wojną jednak życie tętniło tu na każdym kroku, a bieszczadzkie doliny były gęsto usiane gwarnymi wsiami. Spacerując dziś po bieszczadzkich bezdrożach, łatwo natrafić na ślady tamtego utraconego świata. Idziesz starym lasem, aż nagle wśród rudych liści dostrzegasz omszały, kamienny krzyż i czas na chwilę staje w miejscu.
To cmentarze opuszczonych wsi, z których przed laty wysiedlono ludzi, zmuszając ich do opuszczenia swoich domów i gór. Natura powoli zabiera w takich miejscach wszystko, co kiedyś zbudował człowiek. Dawnych mieszkańców już nie ma, ich drewnianych domów również, a te stare nagrobki wciąż trwają, otulone ciszą. O jednej z takich opuszczonych wsi opowiadałam Wam przy okazji legendy o Paraszce z Łopienki.
Są jednak ludzie, którzy nie pozwalają tym miejscom zniknąć pod ziemią. Z ogromnym szacunkiem myślę o wolontariuszach ze Stowarzyszenia Magurycz i o Szymonie Modrzejewskim, który to wszystko zainicjował. Ci niezwykli pasjonaci od lat jeżdżą po naszych górach i z oddaniem ratują zrujnowane, zapomniane nagrobki. Podnoszą z błota ciężkie krzyże, cierpliwie je sklejają i oczyszczają z mchu. Przywracają tym miejscom utraconą godność i pamięć.
Bieszczady mają też swoją nowszą, ale równie wzruszającą tradycję. Na początku listopada wspominamy tu bieszczadzkich włóczęgów, artystów i tak zwanych zakapiorów, którzy odeszli już na Niebieskie Połoniny. Pamięć o takich postaciach jak słynny Majster Bieda, czyli Władek Napota, wciąż jest tu bardzo żywa. Przez lata spotykano się przy Kapliczce Pamięci w Cisnej, a dziś to wyjątkowe miejsce znajduje się w Werlasie. Ludzie wciąż gromadzą się tam, aby posłuchać poezji śpiewanej i zapalić znicz dla tych wolnych, bieszczadzkich dusz.
Jeśli Wy w te jesienne dni traficie w górach na taki stary, opuszczony grób, mam do Was ogromną prośbę. Najpiękniej będzie, jeśli zostawicie na nim ułamaną gałązkę jedliny. Nie palcie zniczy, nie przynoście plastikowych kwiatów, ktoś potem będzie musiał je potem posprzątać.. Jeśli jednak bardzo zależy Wam na zapaleniu znicza, zabierzcie go ze sobą w drogę powrotną, gdy tylko się wypali.
Pamięć serca
W świecie, który nieustannie pędzi, 1 listopada działa jak ogólnonarodowy hamulec. Tego dnia milkną codzienne spory, a uwaga nas wszystkich kieruje się w stronę spraw ostatecznych. To czas głębokiej refleksji nad przemijaniem i kruchością naszej egzystencji. Ta wspólna, cicha zaduma milionów ludzi tworzy silne poczucie jedności. Każdy z nas ma przecież kogoś, kogo ze szczególnym wzruszeniem wspomina w ten dzień.
Życzę Wam dużo spokoju w ten nadchodzący, wyjątkowy czas. Niezależnie od tego, czy zaniesiecie na groby bliskich okazały wieniec, czy skromną gałązkę jodły, liczy się przede wszystkim intencja i pamięć serca.

