Kiedy pakowałam moje anioły do skrzyń w bieszczadzkiej pracowni, za oknem góry powoli otulały się zimową drzemką. Przede mną była długa droga. Kierunek: Warszawa. Stolica Polski, ogromna aglomeracja, światła wielkiego miasta i tempo życia, które tak bardzo różni się od mojego powolnego rytmu nad Strwiążem. Jechałam tam z mieszanymi uczuciami, zastanawiając się, czy w tym pośpiechu znajdzie się miejsce na odrobinę bieszczadzkiej duszy. Okazało się, że Jarmarki Staropolskie w Warszawie stały się dla mnie jednym z najpiękniejszych podsumowań roku, a wszystko to za sprawą magii, którą tworzą ludzie.
Spis treści
Powitanie, które przerosło oczekiwania
Wjeżdżając do Warszawy, czułam ten specyficzny dreszcz emocji. Większe miasto to przecież większe możliwości, ale też większa niepewność, czy moje drewniane anioły, rzeźbione w ciszy gór, odnajdą się wśród miejskiego gwaru. Dzisiaj, z perspektywy czasu i z filiżanką gorącej herbaty w dłoni, mogę z całą pewnością stwierdzić, że powitanie Bieszczadzkiej Aniołomanii w stolicy przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Często powtarzam, że moje anioły to nie tylko drewno i farba, to przede wszystkim energia spotkań. I choć Warszawa kojarzy się z betonem, to podczas jarmarku w Galerii Wola Park poczułam bieszczadzkie ciepło. To nie mury tworzą klimat, ale ludzie, których spotykamy na swojej drodze. To oni sprawili, że ten ostatni w roku wyjazd stał się tak wyjątkowy.
Ludzie, czyli najsilniejsze bieszczadzkie skrzydła
Nie byłoby tej cudownej atmosfery, gdyby nie moja fantastyczna ekipa. Czasami los stawia na naszej drodze osoby, z którymi porozumienie znajduje się niemal bez słów. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że można tak mocno i szczerze zaprzyjaźnić się z kimś w tak krótkim odstępie czasu.
Isidora, Fidan i Janek – jeśli to czytacie, wiedzcie, że pozdrawiam Was z całego serca! Dziękuję za każdą wspólną chwilę, za nieocenioną pomoc przy stoisku i przede wszystkim za nasze pogawędki. To właśnie te rozmowy, toczone w przerwach między wizytami gości, sprawiały, że grudniowy chłód przestawał mieć znaczenie. Jesteście wspaniali i praca z Wami była dla mnie czystą przyjemnością. Takie relacje to najpiękniejszy prezent, jaki mogłam przywieźć z Warszawy.
Spotkania z „Fan Clubem” i niezwykłe gesty
Do naszej jarmarkowej paczki muszę dopisać jeszcze kogoś wyjątkowego – moich klientów. Wielu z nich zawitało na stoisko Bieszczadzkiej Aniołomanii parokrotnie. Widok znajomej twarzy, która wraca po kolejnego anioła, przyprowadzając rodzinę czy przyjaciół, to dla twórcy największy komplement. Usłyszałam tyle ciepłych słów, że mogłyby one ogrzać całe Bieszczady w mroźną noc.
Jedna z klientek powiedziała mi coś, co do dziś dźwięczy mi w uszach i niezmiernie raduje serce. Stwierdziła, że anioł kupiony u mnie to były „najlepiej wydane w ten dzień pieniądze”. Gorąco pozdrawiam tę Panią! Tak szczere i miłe słowa usłyszałam po raz pierwszy w tak bezpośredniej formie i przyznam, że wywołały one u mnie ogromne wzruszenie.
Nie mogę też pominąć mojego warszawskiego, facebookowego „FAN CLUBu”. Od samego początku istnienia mojej strony uważnie śledzicie moje posty, komentujecie i wspieracie mnie dobrym słowem w sieci. Możliwość poznania kilku z Was na żywo, spojrzenia w oczy i uściśnięcia dłoni była dla mnie bezcenna. To niesamowite, jak wirtualna więź potrafi przerodzić się w realną, pełną serdeczności obecność.
Warszawskie centrum dowodzenia
Czy wiecie, że Bieszczadzka Aniołomania ma swoje tajemnice? Pewnie mało kto przypuszcza, że nasza radosna, górska twórczość ma swoiste „centrum dowodzenia” właśnie tutaj, w Warszawie. Stolica i Bieszczady są sobie bliższe, niż mogłoby się wydawać na mapie. Ale o tym, jak to wszystko funkcjonuje i kto stoi za kulisami naszej logistyki, opowiem Wam szerzej w kolejnym poście. Obiecuję, że będzie to ciekawa historia!
Podsumowując Jarmarki Staropolskie w Warszawie, wracam do moich ukochanych gór z sercem pełnym wdzięczności. Nawiązałam nowe kontakty, poznałam mnóstwo inspirujących osób i, co najważniejsze, wróciłam naładowana pozytywną energią. Te wszystkie fantastyczne wrażenia, uśmiechy i uściski dłoni stały się dla mnie natchnieniem do nowych projektów.
Moja głowa aż huczy od nowych pomysłów, które mam nadzieję, zrealizuję już niedługo w mojej zacisznej pracowni. Bądźcie czujni i czekajcie na wieści, bo bieszczadzkie anioły nie lubią stać w miejscu. Warszawski wiatr uniósł moje skrzydła wysoko ponad bieszczadzki krajobraz, dając mi siłę do dalszego tworzenia.
Do zobaczenia na szlaku – tym górskim i tym anielskim!

