Pasja tworzenia, czyli jak kolory budują mój bieszczadzki świat

Pasja Tworzenia. Kolorowy świat pasji.

Nasza codzienność bywa jak kołowrotek, wypełniona myślami, słowami, drobnymi gestami i obowiązkami, które musimy udźwignąć. Często gnamy przed siebie, goniąc marzenia i wyznaczone cele, kręcąc się w tym nieustannym cyklu napędzanym przez uczucia. Czasem udaje nam się przejąć stery nad tym pędem, innym razem emocje niosą nas tam, gdzie same chcą. Ale czy da się tak do końca sterować tym, co wypływa prosto z najgłębszych zakamarków serca? Czy można okiełznać to, co drzemie w duszy, czekając na odpowiedni moment, by rozkwitnąć? Myślę, że nie do końca i w tym właśnie tkwi całe piękno naszego istnienia.

Głównym paliwem, tym najpotężniejszym silnikiem, który pcha nas do przodu, jest miłość. Ona nie pyta o zgodę, po prostu przychodzi, przybierając tysiące różnych wcieleń i postaci. Nie da się jej przeliczyć na pieniądze, nie ma wartości materialnej, a jednak jest najcenniejszym skarbem, jaki posiadamy. To delikatna, świetlista nić, która łączy nas z zupełnie innym wymiarem rzeczywistości. To natchnienie, dzięki któremu nagle odkrywamy w sobie pokłady talentów, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Ta energia, ta żywa, stale rozwijająca się siła, to właśnie moja pasja tworzenia.

Dusza zaklęta w kolorach i bieszczadzkim drewnie

Gdy spoglądacie na moje anioły, gdy czytacie te kilka słów, które płyną prosto z Bieszczad do Waszych domów, pewnie czujecie, że to nie są tylko przedmioty. To fragmenty mojego życia, nierozerwalnie złączone z moją duszą. Pasja jest czymś, czego nikt nie może nam odebrać. Bez niej stajemy się puści, pozbawieni tego wewnętrznego blasku, który pozwala nam kreować własny wizerunek i obraz świata, w którym żyjemy. Wszystko, co robię, ma swoje korzenie głęboko w sercu.

Wspominałam Wam już o mojej miłości do kwiatów, które latem stroją moje podwórko, o aniołach, które pilnują moich myśli, i o drewnie, którego zapach i struktura potrafią mnie całkowicie urzec. Opowiadałam też o narzędziach, tych wszystkich piłach i szlifierkach, które pozwalają mi wydobyć kształt z surowego materiału. Kocham ten proces! Jednak dzisiaj chcę odsłonić przed Wami kolejną kartę mojej opowieści. Chcę opowiedzieć o czymś, co sprawia, że moje serce bije szybciej, a dłonie same rwą się do pracy. Chcę opowiedzieć o farbach.

Magia ukryta w puszce – euforia barw

Farby towarzyszą mi właściwie od dzieciństwa, od pierwszych nieporadnych kresek na kartce papieru. Dla wielu to tylko produkt, dla mnie to cały wszechświat barw i konsystencji. Już samo ich posiadanie przyprawia mnie o dreszczyk emocji, który trudno opisać słowami. Przyznam się Wam szczerze, że mogłabym wydać na nie ostatnie pieniądze. Już samo patrzenie na rzędy kolorowych słoiczków i puszek sprawia mi czystą, niemal dziecięcą przyjemność.

Kiedy wchodzę do sklepu plastycznego albo budowlanego, czas przestaje istnieć. Oglądam każdy odcień, każdą nową markę. W takich chwilach moja głowa zamienia się w prawdziwe laboratorium pomysłów. Wchodzę w stan pewnego rodzaju ekstazy, już widzę oczami wyobraźni, co zrobię z tą głęboką zielenią, jak pokryję błękitem skrzydła nowego anioła, jakie dekoracje wyczaruję przy pomocy tej gęstej, kremowej pasty. Nowoczesne mieszalniki farb to dla mnie bramy do nieskończoności; dzięki nim mogę uzyskać dokładnie taki odcień bieszczadzkiego nieba przed burzą, o jakim marzyłam. Kupując farby, czuję euforię. Uśmiecham się od ucha do ucha i najchętniej już tam, między regałami, zamieszałabym w puszce patykiem, żeby sprawdzić, jak pigment układa się pod pędzlem.

Emocje, które można dotknąć

Farby są jak jedzenie, które kusi swoim aromatem i wyglądem, tyle że one karmią nie żołądek, a duszę i oczy. Pobudzają wyobraźnię do granic możliwości. Kolory i barwy to przecież nic innego jak nasze emocje przelane na konkretną płaszczyznę. Nie bez powodu od wieków przypisywano kolorom magiczne znaczenia i moce. Choć stare zabobony powoli odchodzą w niepamięć, wciąż podświadomie kojarzymy barwy z ważnymi wydarzeniami w naszym życiu.

Farby mają jednak coś więcej niż tylko kolor, mają swoją postać, swoją fizyczność. Są emulsyjne, akrylowe, wodne, olejne… każda z nich pachnie inaczej, każda ma inną gęstość i czas schnięcia. Przez lata technologia poszła niesamowicie do przodu, dając nam, twórczyniom, jakość, o jakiej dawniej można było tylko marzyć. Dla mnie to narzędzia do czarowania rzeczywistości.

Bez farb nie byłoby „Marysi od Aniołów”. To one są tym unikalnym, niezbędnym składnikiem, bez którego moja pasja do tworzenia byłaby niepełna. To miłość do nich sprawiła, że przez lata eksperymentowałam, uczyłam się na błędach i odkrywałam tajniki, które dziś pozwalają mi tworzyć prace, które tak lubicie. Ale o tych wszystkich trikach, o tym, jak okiełznać pędzel i pigment, opowiem Wam w następnym spotkaniu przy wirtualnej herbacie.

Tymczasem zostawiam Was z małym wyzwaniem: spróbujcie kiedyś sami zanurzyć dłoń w gładkiej mazi farby. Poczujcie jej chłód, jej aksamitny dotyk pod palcami. To jest właśnie dotyk pasji.

```