Dziś opowiem Wam bajkę jak zbudowano dom dla Bieszczadzkich Aniołów. Usiądźcie wygodnie w fotelu, otulcie się ciepłym kocem i wyobraźcie sobie „stare” Bieszczady…
Dawno, dawno temu, choć wcale nie tak daleko stąd, ustrzycką ziemię zamieszkiwały bezdomne anioły. Choć brzmi to jak początek starej legendy, szeptanej przy blasku ogniska, była to rzeczywistość naszych skrzydlatych przyjaciół. Te niezwykłe stworzenia, choć piękne i z całą pewnością zasługujące na godziwy, własny kąt, przez długi czas po prostu nie miały w życiu szczęścia. Tułały się od ciemnych kątów w warsztacie do zakurzonych, ciasnych półek sklepowych, a gdy i tam zabrakło dla nich miejsca, lądowały w przepastnych koszach pod ladą.
Był to smutny los bieszczadzkiego anioła – los, który przypominał bardziej życie zwykłego kawałka suchego drewna niż niebiańskiego posłańca. Tylko nielicznym, tym największym szczęściarzom, udawało się rozwinąć skrzydła i odfrunąć w nieznane rejony Polski. Tam, z należytą dla siebie oprawą, zawisały na honorowych miejscach w domach Dobrych Dusz. Reszta anielskiej zgrai mogła im tylko zazdrościć, marząc o schronieniu, które byłoby czymś więcej niż tylko skrawkiem ściany w Kwiaciarni pod Dębami.
Spis treści
Kiedy marzenia o własnym miejscu kiełkują w sercu
Chodzili jednak Ludzie Dobrej Woli po tym naszym bieszczadzkim padole i w końcu usłyszeli ciche narzekania anielskiej gromady. Wiedziałam, że tak dalej być nie może. W mojej głowie od dawna kiełkował pomysł, by stworzyć prawdziwy, godny dom dla Bieszczadzkich Aniołów. Chodziło o wyremontowanie tak zwanego ustrzyckiego „Trójkąta”, który sąsiadował bezpośrednio z naszą kwiaciarnią – dotychczasową, tymczasową siedzibą galerii.



I tak oto ja, Marysia od Aniołów, wreszcie dojrzałam do tej ważnej decyzji. Nie to, żebym choć przez chwilę wątpiła w sens tego przedsięwzięcia. Po prostu życie w Bieszczadach uczy pokory i cierpliwości. Zawsze wydawało się, że to jeszcze nie ten moment. A to nie było dość czasu, a to brakowało pieniędzy, a to rąk do pracy było za mało. Aura też nas nie oszczędzała – raz było za zimno, innym razem zbyt wietrznie lub deszczowo. Coś mnie niechybnie wstrzymywało, jakby niewidzialne więzy nie pozwalały ruszyć z kopyta.



Impulsem, który wszystko zmienił, stał się długi weekend majowy. Zobaczyłam wtedy moich klientów, którzy w ogromnym ścisku próbowali wyłowić z czeluści zakamarków kwiaciarni swojego jedynego, wymarzonego anioła. Wokół panował artystyczny chaos: drewno, kwiaty, koty, sowy, lustra i kapliczki. Wszystko to było wciśnięte w każdą wolną przestrzeń, a w samym środku tego bałaganu stałam ja – Demiurg Bieszczadzkiej Aniołomanii, próbujący zapanować nad tym twórczym szaleństwem. Wtedy zrozumiałam: anioły muszą mieć swój dom.
Walka z Biesami i Czadami o każdą cegłę
Budowa i remont w naszych górach to nigdy nie jest prosta sprawa. Mam wrażenie, że psotne Czady lub złośliwe Biesy robią wszystko, by przeszkodzić aniołom w rychłej przeprowadzce. Jak tylko zaczynamy prace, one sypią śniegiem, mrożąc świeżo posadzone pelargonie, albo zsyłają ulewne deszcze, byle tylko nie dało się pomalować dachu. Zdarzało się nawet, że choroba dopadała naszą ekipę w najmniej odpowiednim momencie, wykluczając z prac ważne ręce.



Nie poddajemy się jednak. Kiedy pogoda na to pozwala, robimy wylewki, a gdy niebo płacze nad Ustrzykami, uciekamy do środka, by remontować wnętrze naszego trójkątnego domku. Na zewnątrz, pod okapem, czekają już na znużonych wędrowców bębny kablowe, które Marzena własnoręcznie pomalowała w radosne barwy. Będą nam służyć za stoliki i krzesła – miejsce, gdzie każdy będzie mógł przysiąść i odetchnąć.
Nowy rozdział Bieszczadzkiej Aniołomanii
Tymczasem ja nie próżnuję. Aranżuję wnętrze w myślach, mierzę każdy centymetr, kalkuluję i maluję szyldy. Wiadomo przecież, że reklama jest dźwignią handlu, a ja chcę, by każdy, kto przejeżdża przez Bieszczady, wiedział, że tutaj anioły znalazły swoją przystań. Podobnie jak moje bezdomne jeszcze stwory, z niecierpliwością wyczekuję zakończenia prac.
Wkrótce wielkie otwarcie. Czy będzie szampan i uroczyste przecięcie wstęgi? Tego nie wiem. Nie wiem też, czy goście dopiszą w takim tłumie, jakiego bym sobie życzyła. Ale prawda jest taka, że nie robię tego dla fety czy oklasków. Robię to, by zagarnąć jeszcze trochę przestrzeni na moją anielską twórczość. Internet już mi nie wystarcza – zaczynam marzyć o wszechświecie. I wiem, że dopnę swego, bo moje bieszczadzkie anioły każdego dnia dodają mi otuchy i szepczą do ucha, że ten nowy dom jest im po prostu potrzebny.
Już niedługo drzwi „Trójkąta” staną otworem, a każdy z Was będzie mógł wejść do środka i poczuć tę magię na własnej skórze. Do zobaczenia w progach nowej Aniołomanii!

