Czas zacząć podsumowanie roku 2019 a ja nie byłabym sobą, tą samą Marysią, którą znacie z bieszczadzkich szlaków i anielskich opowieści, gdybym do podsumowania minionego roku podeszła tak, jak robią to wszyscy. Czas płynie tutaj inaczej, a każda chwila zostawia ślad w drewnie, z którego wyczarowuję dla Was opiekunów. Siadam więc dzisiaj do pisania z lekkim opóźnieniem, bo końcówka roku nie była dla mnie łaskawa. Los potrafi wybić z rytmu, odebrać chwilowo radość i sprawić, że pędzel staje się cięższy niż zwykle. Ale właśnie takie jest życie: nieprzewidywalne i surowe, jak tutejsze zimy. Pora jednak otrzepać kurz z warsztatu, podnieść głowę i zrobić rzetelne podsumowanie Bieszczadzkiej Aniołomanii , bo ten rok nauczył mnie o sobie więcej niż jakikolwiek inny.
Gdybym miała wybrać jedno słowo, które stało się moim cieniem w minionym roku, byłoby to „testowanie”. To był czas wielowymiarowych sprawdzianów: mojej kondycji fizycznej, mojej cierpliwości do samej siebie i wytrwałości w prowadzeniu pasji, która stała się moim życiem. Dziś, trzymając w dłoniach gotowego anioła, wiem, że te testy zdałam. Wyszłam z nich silniejsza, stabilniejsza i przede wszystkim pełna zaufania do własnych rąk. „Twarda baba z Bieszczad” – tak o sobie dziś myślę. I choć czasem dopada mnie melancholia, taka, którą najlepiej leczy się lampką dobrego wina i ciszą pracowni, czuję ogromną dumę z tego, gdzie dziś jest moja anielska droga.
Spis treści
Kiedy pasja staje się odwagą: Nominacja Kobieta Aktywna
Dla mnie najważniejszym momentem w roku od zawsze jest wiosna. To wtedy Bieszczadzka Aniołomania budzi się do życia z nową mocą, a ja czuję, że wszystko jest możliwe. Ten rok przyniósł jednak coś, czego się nie spodziewałam, nominację do plebiscytu Kobieta Aktywna. Całe wydarzenie odbyło się w Ustrzyckim Domu Kultury, a za jego organizację odpowiadały bliskie mi dusze z Bieszczadzkiej Przestrzeni Kulturowej.
Pamiętam ten 8 marca, Dzień Kobiet. Musiałam schować swoją zwyczajną tremę do najgłębszej szuflady i wyjść na scenę, w pełne światło reflektorów. Towarzyszył mi stres, ale silniejsza była radość, że to, co robię w mojej pracowni, jest dostrzegane. Dzięki Wam, moim Przyjaciołom i Klientom, zajęłam drugie miejsce. Ale to nie cyfry były ważne. Najważniejsza była świadomość, że Bieszczadzka Aniołomania to nie tylko ja, to cała społeczność dobrych ludzi. To dało mi niesamowitą dawkę natchnienia. Moje przesłanie dla Was na dziś? Nie bójcie się marzyć i, na Boga, realizujcie te marzenia, choćby świat mówił, że to szalone.


Rewitalizacja „Trójkąta” i dom dla moich aniołów
Kolejnym kamieniem milowym był remont mojego słynnego „Trójkąta”. Pamiętacie może moją „Bajkę o bezdomnych aniołach”? To była historia o poszukiwaniu miejsca, w którym moje prace mogłyby w końcu poczuć się u siebie. Dzięki rewitalizacji tej przestrzeni w Ustrzykach Dolnych, udało mi się stworzyć coś więcej niż sklep, stworzyłam moją kreatywną przystań.
Choć nie zdążyłam wtedy napisać hucznych postów o otwarciu (bo wióry sypały się gęsto, a czasu brakowało), to wspomnienie tej zabawy wciąż noszę pod powiekami. Artystyczna atmosfera, zapach świeżej farby i przede wszystkim Goście. Bez Waszego wsparcia i wiary w to, że to miejsce ma sens, nie byłoby przecinania wstęgi. Dziękuję Łysemu za muzykę, która wypełniła kąty Galerii, Markowi Pysiowi za oparcie, na które zawsze mogę liczyć, i mojej rodzinie ze Lwowa, która pokonała kilometry, by być ze mną w tej ważnej chwili. To było moje osobiste rozdanie Oscarów, moment, w którym ciężka praca zamieniła się w czyste wzruszenie.


Nowa twarz Marysi i anielskie zlecenia
Ten rok zmusił mnie też do odkrycia nowej twarzy. Wywiad dla Gazety Bieszczadzkiej stał się okazją do opowiedzenia o Marysi, której nie znaliście, tej z przeszłości, z dzieciństwa, tej, która nie zawsze lubi mówić o sobie. Przed wnikliwym okiem Miry Zalewskiej otworzyłam się bardziej, niż przypuszczałam. To było oczyszczające doświadczenie, które pozwoliło mi zrozumieć, że moja historia jest integralną częścią każdego anioła, którego tworzę.

W pracowni również działo się dużo. Najważniejszym projektem, który zapamiętam na długo, było stworzenie „Anioła Chmiela”. To wyróżnienie, by móc wykonać anioła na festiwal poświęcony Przemkowi Chmielewskiemu, było dla mnie czymś mistycznym. Czułam, że dotykam samej esencji bieszczadzkiej legendy. A do tego wszystkiego doszedł mój literacki debiut: czytanie wierszy, które dotąd skrywały się bezpiecznie w szufladzie. Kolejny krok w stronę bycia w pełni sobą.
Kończąc ten rok, czuję, że Bieszczadzka Aniołomania dała mi solidne fundamenty. Nauczyła mnie, by nie spoczywać na laurach i by w każdym kawałku deski widzieć nową szansę. Życie toczy się dalej, a ja – Marysia od Aniołów – patrzę w przyszłość z odwagą. Dziękuję, że jesteście częścią tej opowieści. Marzmy, działajmy i bądźmy po prostu sobą.

