Puchar na zachętę… czyli jak nie stworzyć kolejnej durnostojki. Oryginalne statuetki na zamównie z Bieszczadzkiej Aniołomanii

Pamiętacie tę scenę z Misia Stanisława Barei? Ryszard Ochucki przychodzi do ministra Władka Złotnickiego z błyszczącym pucharem

– O, taki przyniosłem
-To dla mojego wnuka, chłopak tak się garnie do sportu, niech ma na zachętę
-Właśnie nie bardzo wiedziałem, co on uprawia, więc taki napis jest, może nie taki bardzo… 
-Nic nie uprawia, chodzi właśnie o zachętę. A co napisałeś? 
-Napisałem tam… Markowi Złotnickiemu za zajęcie pierwszego miejsca

Każdy z nas widział to choć raz w życiu. Błyszcząca na wysoki połysk wytłoczka z plastiku, przykręcona chwiejną śrubką do podstawki z gipsu udającego marmur. Taka klasyczna, modelowa durnostojka. Przedmiot, który przez pierwszy tydzień po zawodach, festynie czy gminnej gali udaje dumne trofeum, by przez kolejną dekadę pełnić niewdzięczną funkcję kurzołapki na najwyższej półce w pokoju,  Albo, co gorsza, wylądować w pudle w piwnicy, tuż obok starych kabli i słoików.

Skąd się wziął pomysł obdarowywania

Zanim jeszcze ktokolwiek wymyślił puchar, ludzie od dawna wiedzieli, że osiągnięcie trzeba czymś uczcić. Pierwsze igrzyska olimpijskie, rozgrywane od 766 r. p.n.e., nie znały pucharów ani medali. Zwycięzca dostawał wieniec, zrobiony z liści laurowych albo gałązek oliwnych. Każde bóstwo, patronujące zawody, miało przypisaną swoją roślinę, bluszcz i winorośl należały do Dionizosa, laur do Apollona, mirt do Afrodyty, oliwka do Ateny. Sam wieniec nie miał żadnej wartości materialnej, a mimo to nikt wtedy nie pomyślałby, żeby nazwać go czymś w rodzaju współczesnej durnostojki, bo cała jego siła brała się z tego, co reprezentował.

Rzymianie poszli o krok dalej i rozbudowali ten pomysł w całą hierarchię. Mieli osobny wieniec dla tego, kto uratował życie współobywatela, osobny dla pierwszego żołnierza, który wdarł się na mur wroga, jeszcze inny za zwycięstwo morskie. Najsłynniejszy pozostawał triumfalny wieniec laurowy, gdzie wierzono, że ma moc oczyszczającą i ochronną dla tego, kto go nosił. 

Średniowieczne turnieje rycerskie zeszły na ziemię, wręczając zwycięzcom miecze, zbroje i ozdobne naszyjniki, czyli przedmioty o realnej wartości. Dopiero wiek dziewiętnasty, wraz z narodzinami nowoczesnego sportu i odrodzeniem igrzysk olimpijskich, przyniósł modę na medale w takiej formie, jaką znamy dzisiaj.

Ta nasza “wędrówka” od wieńców po medale prowadzi do jednego wniosku, że różnica między wieńcem a pucharem- durnostojką nie leży w materiale, przecież liście też nie są niczym trwałym ani wartościowym. Gdyby chodziło o materiał, wieniec byłby równie bezwartościową rzeczą jak plastikowa wytłoczka, tylko z innego tworzywa.

Sedno leży w tym, do czego dany przedmiot był przywiązany. Wieniec olimpijski powstawał dla jednego konkretnego zwycięzcy, jednej konkretnej dyscypliny, na jeden konkretny dzień, i uwity był dopiero wtedy, kiedy już wiadomo było, kto wygrał. Rzymski wieniec za obronę muru dostawał tylko ten, kto naprawdę pierwszy się na ten mur wdrapał. Każdy z tych przedmiotów istniał, bo najpierw wydarzyło się coś konkretnego, co trzeba było uczcić.

Durnostojka odwraca tę kolejność. Powstaje najpierw, w fabryce, w tysiącu identycznych sztuk, zanim ktokolwiek jeszcze wie, kto i za co ją dostanie. Nie brakuje jej znaczenia dlatego, że jest z plastiku, tylko dlatego, że nikt jej nie robił z myślą o konkretnym człowieku ani konkretnym wydarzeniu. To rozdzielenie przedmiotu od zasługi stało się w ogóle możliwe dopiero wtedy, kiedy pojawiła się masowa produkcja, czyli w gruncie rzeczy od kilkudziesięciu lat, a nie od zawsze.

Kiedy dostałam pierwsze zlecenie

Kiedy lata temu dostałam pierwsze zamówienie na wykonanie statuetek dla lokalnego stowarzyszenia, moja dusza artysty najpierw zamarła, a zaraz potem podskoczyła pod sam sufit pracowni.

Zamarła z przerażenia, bo przed oczami stanęły mi te wszystkie katalogowe puchary z importu: zimne, bezduszne, tłoczone masowo na drugim końcu świata przez maszyny, które nie mają pojęcia, czym są Bieszczady, ani czym jest pot wylany na trasie biegu.

Podskoczyła z radości, bo poczułam, że to ogromna szansa na zrobienie czegoś na przekór. Obiecałam sobie wtedy jedno: moje prace nigdy, pod żadnym pozorem, nie będą nagrodami „na odczepnego”.

Chciałam tworzyć rzeczy, które zatrzymują wspomnienia.

Nagroda to nie pozycja w budżecie

W budżecie jednostek samorządu terytorialnego czy fundacji nagroda bywa kolejną pozycją do odhaczenia przed sprawozdaniem finansowym. Kiedy na scenę wchodzi człowiek, który przez rok poświęcał swój wolny czas jako wolontariusz, strażak ochotnik, młody talent czy zwycięzca górskiego ultramaratonu, nie można mu wcisnąć w ręce wydmuszki. Ten człowiek zostawił na tym szlaku lub w swojej pracy cząstkę siebie.

Odpowiednio dobrana nagroda to powinna być dla obdarowanego  wehikułemł czasu. Nie ma być kolejną rzeczą do omijania podczas sprzątania, a wywoływać uśmiech na twarzy za każdym razem, gdy rzucamy na nią okiem, nalewając rano herbatę do kubka. Ma natychmiast przywoływać tamten dzień: zapach mokrego lasu, radosny krzyk kibiców na mecie, dumę z dobrze zrobionej roboty i ciepło w sercu, że ktoś naprawdę docenił wysiłek.

Po co naprawdę wręcza się nagrody

Widziałam to niejeden raz, na różnej maści uroczystościach, zdarzało się i mi stać w świetle reflektorów.. Człowiek wychodzi na scenę, trochę zawstydzony, nie wiedząc, gdzie podziać ręce, a chwilę później trzyma w dłoni coś, co lśni inaczej niż oklaski, które właśnie ucichły. W pracy z wolontariuszami wspólne świętowanie sukcesów i głośno wypowiedziane słowa uznania od lat należą do tego, co najskuteczniej trzyma ludzi przy działaniu.  Nagroda fizyczna robi dokładnie to samo, tylko w formie, która nie znika razem z brzmieniem oklasków. Stoi na półce, czasem w gablocie w remizie, i przypomina o tamtym wieczorze dłużej niż niejedno przemówienie i “uścisk dłoni prezesa”.

Ja, kiedy siadam do zleconego projektu nowej statuetki, myślę o tym, co ma zostać, nie o samej chwili wręczenia na scenie. Widzę tę osobę za pięć, dziesięć lat, jak przypadkiem zerka na półkę, a tamten wieczór na scenie wśród jupiterów, wraca do niej w jednej chwili. 

Zanim powstanie kształt

Każda moja statuetka zaczyna się od rozmowy o wydarzeniu i o człowieku, który tę nagrodę odbierze, na długo zanim dłoń dotknie gliny czy drewna. Dopiero z niej rodzi się coś, czego nie da się skopiować z żadnego wzornika. 

Punktem wyjścia bywa jedno zdjęcie, czasem ulotna myśl rzucona mimochodem przez zleceniodawcę, kiedy opowiada, dlaczego ta osoba zasługuje na wyróżnienie. Od tego zaczynam przeglądać materiały, które dostanę, profile w mediach społecznościowych, szukając symbolu, który pasuje wyłącznie do tego wydarzenia, nie do jakiegokolwiek innego. 

Dopiero wtedy zapada decyzja, czy nagroda powstanie z bieszczadzkiego drewna, ze słojami i zapachem żywicy, czy z gliny formowanej w dłoniach i wypalanej w piecu. Kształt wychodzi z tego, co znalazłam w rozmowie, czasem medal z odciśniętym liściem buka, czasem plakieta, której nie przewróci byle przeciąg, czasem coś, czego jeszcze nie robiłam, bo akurat ta historia tego ode mnie zażądała. Potem zostaje już tylko malowanie, wypalanie i ostatnie poprawki, aż do gotowego przedmiotu. 

Gdzieś w tle toczą się jeszcze rozmowy o cenie i warunkach, ale liczy się przede wszystkim porozumienie co do samego pomysłu, żeby zamawiający nie musiał sam wymyślać, jak to ma wyglądać. 

Ceramiczny ślad, czyli nowa era medali

To, co obserwujemy przy projektowaniu statuetek, dotyczy w równej mierze innych trofeów, między innymi medali.

Sama tradycja wręczania pamiątkowych medali za udział w wydarzeniach to wbrew pozorom dość „świeża” historia. O ile klasyczna sztuka medalierska swoimi korzeniami sięga czasów renesansu, o tyle masowe nagradzanie wszystkich uczestników na mecie zyskało popularność na dobre dopiero w ostatnich kilku dekadach. Dziś to podejście ewoluuje jeszcze bardziej. Odchodzi się od seryjnie produkowanych, metalowych blaszek na rzecz form, które mają duszę. Zmieniają się zresztą same trendy medalowe. Organizatorzy i uczestnicy szukają nowoczesnych sposobów na ekspozycję, dlatego na rynku królują specjalne wieszaki zaciskowe lub magnetyczne, do których wciska się lub „przykleja” kolejne zdobyte krążki.

Medale ceramiczne z Bieszczadzkiej Aniołomanii, ręcznie formowane, szkliwione i wypalane w piecu są piękną alternatywą dla masowej produkcji. W tym całym nowoczesnym nurcie najważniejsze pozostają jednak unikalne medale Bieszczadzkiej Aniołomanii. Na zdjęciach przygotowałam dla Was kilka ostatnich realizacji, Zapraszam po więcej na stronę z artykułami promocyjnymi dla samorządów terytorialnych i biznesu

Ponieważ każda sztuka przechodzi przez moje ręce, medale różnią się między sobą drobnymi detalami, nasyceniem barw czy grubością szkliwa. W efekcie zwycięzca zabiera do domu nie tylko dowód swojego osiągnięcia, ale przede wszystkim niepowtarzalny kawałek bieszczadzkiej sztuki.

Nowy trend: nagradzać inaczej

Od kilku lat jednostki samorządu terytorialnego na każdym szczeblu, od gminy poprzez starostwo do województwa oraz fundacje myślą o nagrodach inaczej niż całkiem niedawno. Katalogowy puchar z hurtowni przestał być oczywistym wyborem, coraz częściej zwracają się do lokalnych twórców, by ci te nagrody robili . Trudno powiedzieć, czy to trend, który przyszedł z zewnątrz, czy jest odbiciem czegoś, co widać w całym społeczeństwie, rosnącego uznania dla rzemiosła i krótkich serii zamiast masowej produkcji. Nagroda przestaje być tylko wyróżnieniem dla osoby, która ją odbiera, staje się też wizytówką tego, kto ją wręcza. Statuetka na scenie opowiada coś o laureacie, ale zdradza też, że instytucja stojąca za nią stawia na to, co lokalne, oryginalne, zrobione przez kogoś, kto jest jednym z nas.

Ten sam mechanizm widać przy stoisku z miodem od pobliskiej pasieki zamiast miodu ze słoika z marketu, tylko przeniesiony na nagrody. To zjawisko ma nawet swoją nazwę, marketing terytorialny. Organizacje, które stawiają na lokalnych producentów, budują przy okazji własną reputację i własną markę. 

Ekologia, nie tylko lokalność 

Obok pytania skąd pochodzi nagroda, coraz częściej pada drugie, z czego właściwie jest zrobiona. To już nie tylko kwestia lokalności, świadomość ekologiczna w ostatnich latach przeniknęła praktycznie każdą dziedzinę życia, od jedzenia po ubrania, a teraz dociera też do nagród i pamiątek. Często same słowa ekologczne materiały  pojawia się już w samych założeniach przetargowych. 

W mojej pracowni pojawia się przede wszystkim drewno i glina, czasem inny naturalny surowiec, zależnie od tego, czego wymaga akurat dany projekt. Żaden z nich nie zamienia się w plastikowy odpad. Kiedy nagroda dokończy swoje życie, wraca do ziemi, tak jak wraca do niej wszystko, co naturalne. 

Zostawmy Marka Złotnickiego w filmie

Dlatego, drodzy organizatorzy, prezesi fundacji i włodarze samorządów terytorialnych: zostawmy Marka Złotnickiego i jego puchar w filmie Barei. Jeśli nagradzacie ludzi, którzy tworzą Waszą społeczność, dajcie im powód do autentycznej dumy, a nie kolejną kurzołapkę. Podarujcie im pamiątkę z duszą, którą z dumą postawią na stole, a nie schowają na dnie szafy. Postawcie na lokalność i oryginalność, a przy okazji budujcie wizerunek świadomej organizacji, która wie czym jest marketing terytorialny. Tak brzmi to górnolotnie. A po ludzku: zamówcie u kogoś z sąsiedztwa, a mieszkańcy zapamiętają, że wam zależy na tym, co lokalne.

Zobazccie, moje prace przy statuetkach i medalach. Tu tylko część moich moich prac. Wiele więcej pomysłów może być z Waszej inspiraci.

```