Bieszczadzka przygoda na rzeszowskim Rynku: Dni Otwarte Funduszy Europejskich

Dni Otwarte Funduszy Europejskich

Nadszedł czas, by odkurzyć nieco wspomnienia i wrócić do chwil, gdy w naszym małym zakątku Biesów i Czadów zaczęło się dziać naprawdę dużo. Promocja regionu to temat rzeka, ale są takie momenty, które zapadają w pamięć szczególnie mocno. Jednym z nich był wyjazd do Rzeszowa na Dni Otwarte Funduszy Europejskich. To właśnie tam, w samym sercu stolicy Podkarpacia, stanęliśmy przed wyzwaniem: jak pokazać bieszczadzką duszę na miejskim festynie?

To było jedno z moich pierwszych tak dużych zleceń od instytucji. Miałam przygotować budowę i oprawę stoiska targowego dla Bieszczadzkich Drezyn Rowerowych. Jeśli śledzicie turystyczne nowinki, na pewno wiecie, że drezyny już od dłuższego czasu cieszą się u nas wielką popularnością. Jednak w 2015 roku, podczas rzeszowskiego festynu, chcieliśmy pokazać je światu w sposób wyjątkowy i nieoczywisty.

Tworzenie stoiska w rytmie festynu

Praca nad stoiskiem promocyjnym to zawsze wyścig z czasem i kreatywnością. Wspólnie z moimi przyjaciółmi z Lokalnej Grupy Działania oraz właścicielami firmy drezynowej, dwoiliśmy się i troiliśmy, by nasza przestrzeń na Rynku wyróżniała się na tle innych wystawców. Dni Otwarte Funduszy Europejskich to specyficzne wydarzenie. To mnóstwo namiotów, ulotek i oficjalnych przemówień. Ja jednak postawiłam na autentyczność i bieszczadzki klimat, który można poczuć wszystkimi zmysłami.

Bawiłam się wybornie przy wymyślaniu dekoracji. Chciałam, aby nasze stoisko nie było tylko punktem informacyjnym, ale małą enklawą natury w środku miasta. Każdy detal miał znaczenie: od kawałka drewna po sposób ułożenia materiałów. Co więcej, postanowiłam pójść o krok dalej i sama stałam się częścią tej opowieści, występując w roli „żywego manekina”. To był mój sposób na to, by przełamać festynową sztywność i po prostu porozmawiać z ludźmi o tym, co u nas w Bieszczadach najpiękniejsze.

Marysia jako żywy manekin

Nadzieje, nagrody i wielka woda

Nie będę ukrywać, że atmosfera konkursowa udzieliła się nam wszystkim. Po cichu liczyliśmy na nagrodę za najlepszą prezentację podczas tego wydarzenia. Włożyliśmy w to stoisko tyle energii i serca, że w naszych oczach było ono bezkonkurencyjne. Niestety, tym razem oficjalne wyróżnienie do nas nie trafiło. Czy poczuliśmy zawód? Może tylko przez chwilę, bo szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to nie statuetki są najważniejsze. Najważniejsze było to, jak reagowali na nas ludzie.

Nasze stanowisko było – w mojej skromnej opinii – najpiękniejsze na całym Rynku. Biło od niego ciepło, którego nie da się zaplanować w żadnym budżecie unijnym. Jednak Dni Otwarte Funduszy Europejskich w 2015 roku zapamiętam jeszcze z jednego powodu: pogody, która postanowiła sprawdzić naszą bieszczadzką wytrzymałość.

Przemoczeni, ale szczęśliwi

W samym środku festynu, gdy rozmowy z turystami trwały w najlepsze, nad Rzeszowem rozpętała się ulewa. I nie był to żaden letni deszczyk, ale prawdziwe oberwanie chmury! Deszcz zmywał wszystko, co napotkał na swojej drodze, a my w kilka minut byliśmy przemoczeni do ostatniej nitki. Woda lała się strumieniami, ale wiecie co? To właśnie wtedy poczułam największą więź z moją ekipą.

Mimo zimna i mokrych ubrań, nie straciliśmy humorów. Ta ulewa stała się chrztem bojowym naszej współpracy. Dziękuję moim przyjaciołom z LGD oraz Bieszczadzkim Drezynom za tę wspólną przygodę. Pokazaliśmy, że Bieszczady to nie tylko piękne widoki, ale przede wszystkim ludzie, którzy potrafią się śmiać nawet w największym deszczu.

Refleksje w drodze powrotnej do bieszczadzkiej głuszy

Kiedy emocje opadły, a my pakowaliśmy resztki mokrych dekoracji do samochodów, poczułam dziwny rodzaj spokoju. Droga powrotna z Rzeszowa w stronę Uherzec Mineralnych i moich kochanych gór była czasem głębokich przemyśleń. Choć wracaliśmy bez oficjalnego pucharu, to w naszych bagażnikach wieźliśmy coś znacznie cenniejszego – poczucie, że daliśmy z siebie wszystko. Patrzyłam przez okno na mijane krajobrazy, które z każdym kilometrem stawały się coraz bardziej dzikie i znajome, i uśmiechałam się pod nosem. Takie wydarzenia jak te pokazują nam, jak ważna jest jedność. Nasze małe bieszczadzkie biznesy i inicjatywy, wspierane przez mądre projekty, potrafią wyjść poza ramy lokalnego podwórka i zachwycić ludzi z wielkich miast. Ta ulewa na Rynku była tylko tłem dla prawdziwej pasji, której nie da się ugasić żadną wodą. Dziś, z perspektywy czasu, widzę, że te pierwsze kroki w promocji były fundamentem pod to, co tworzę teraz. Każde spotkanie, każde uściśnięcie dłoni przy stoisku i każda kropla deszczu na nosie nauczyły mnie, że autentyczność to jedyna waluta, która nigdy nie traci na wartości.

Dni Otwarte Funduszy Europejskich były dla mnie ważną lekcją. Nauczyły mnie, że promocja to nie tylko ładne logotypy, ale przede wszystkim relacje, uśmiech i pasja, którą zaraża się innych – niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy właśnie zalewa nam stoisko. To była fajna, choć bardzo mokra przygoda, którą po latach wspominam z ogromnym sentymentem i uśmiechem na twarzy.

 

```