Święto Chleba w Ustrzykach Dolnych – opowieść malowana makami

Święto Chleba w Ustrzykach Dolnych

Jadą wozy kolorowe taborami
Jadą wozy kolorowe wieczorami
Może z liści spadających im powróży
Wiatr cygański wierny kompan ich podróży…

…te słowa nucę pod nosem, gdy tylko myślę o barwnych korowodach, które co roku przecinają nasze bieszczadzkie drogi. Ale spokojnie, dziś nie będzie o cygańskich taborach, choć ich wolność i feeria barw są mi niezwykle bliskie. Chcę Wam opowiedzieć o czymś, co pachnie świeżym ziarnem, słońcem zastygłym w kłosach i domowym ciepłem. Chcę Was zabrać na Święto Chleba w Ustrzykach Dolnych, które dla mnie jest czymś znacznie więcej niż tylko lokalnym wydarzeniem, to podróż do krainy wspomnień i hołd oddany bieszczadzkiej ziemi.

Wszystko zaczęło się od tradycji, która przywędrowała do nas z wioski Dźwiniacz. To tam dawniej najhuczniej celebrowano zakończenie żniw, dziękując za każdy zebrany kłos. Od kilku lat to właśnie Ustrzyki Dolne stały się miejscem, gdzie rolnicy, młynarze i cukiernicy spotykają się, by w cieniu Matki Boskiej Zielnej złożyć podziękowania za udane zbiory. To czas, kiedy sacrum miesza się z profanum, a modlitwa z radosnym gwarem jarmarku.

Gdy pasja spotyka się z tradycją

Kiedy moja przyjaciółka, wiedząc, jak bardzo kocham wszelkie ludowe obrzędy i bieszczadzką autentyczność, poprosiła mnie o przygotowanie dekoracji na to wydarzenie, nie wahałam się ani chwili. Zadanie było jednak niezwykłe: miałam wymalować wóz drabiniasty. Miał być symbolem dobrobytu, miał krzyczeć kolorami, być przaśny w najlepszym tego słowa znaczeniu i bogaty jak bieszczadzkie łąki w sierpniu.

Dla artystycznej duszy taka prośba to jak woda na młyn. Od razu zamknęłam oczy i zobaczyłam to, co w żniwach najpiękniejsze – nie maszyny, nie technologię, ale pola złotych łanów, przez które nieśmiało, a jednak dumnie przebijają się dzikie maki i chabry. Maki to moi absolutni ulubieńcy. W ich prostocie tkwi niesamowita hardość. Są dla mnie jak janosikowa Maryna – z jednej strony kruche, niemal eteryczne, gdy ich płatki drżą na wietrze, a z drugiej silne, wszędobylskie i niepokorne. Wcisną się w każdą szczelinę ziemi, byle tylko zakwitnąć i ucieszyć oko intensywną czerwienią.

Malowanie wspomnień na drewnie

Przystępując do pracy nad wozem na Święto Chleba w Ustrzykach Dolnych, wiedziałam jedno: to nie może być zwykła dekoracja. Chciałam stworzyć coś, co będzie przypominało ornamenty ze starych strojów ludowych, ale w wersji żywej, niemal oddychającej. Moim celem było oddanie kolorytu dawnej wsi, który noszę pod powiekami od czasów dzieciństwa i wakacji spędzanych u babci.

Kiedy pędzel dotykał drewna, przed oczami stawały mi obrazy, które dziś wydają się niemal mityczne. Widziałam wozy drabiniaste po brzegi wypełnione pachnącymi snopami zboża, które z mozołem wtaczały się do stodół. Czułam ten specyficzny, drażniący, a jednocześnie słodki zapach świeżo wymłóconego ziarna i widziałam złoty pył, który tańczył w smugach światła wpadających przez szpary w deskach stodoły. To były obrazy pełne życia: kobiety w białych koszulach, które bezwstydnie podwijały halki, odsłaniając łydki, bo żar lejący się z nieba był nie do zniesienia. Pamiętam gliniane dzbanki, w których chłodził się kompot ze świeżo rwanych wiśni, ten smak, kwaśny i orzeźwiający, najlepiej gasił pragnienie po całym dniu pracy. I oczywiście pajdy chleba, grube, nierówne, posmarowane domowym smalcem, które smakowały lepiej niż najbardziej wykwintne dania.

Ocalić bieszczadzką duszę od zapomnienia

Projektując wzory na wozie, myślałam o moim synu, Tomku. Świat pędzi do przodu, stare chaty zastępują nowoczesne domy, a kombajny dawno wyparły kosy i sierpy. Jednak dzięki takim inicjatywom jak Święto Chleba w Ustrzykach Dolnych, mam tę niezwykłą możliwość, by choć na chwilę zatrzymać czas. Chcę ocalić od zapomnienia te drobne okruchy dawnego życia, które budowały naszą tożsamość.

Mój wymalowany wóz, pełen maków i bieszczadzkiego słońca, stał się pomostem między tym, co było, a tym, co jest. Chcę, aby Tomek wiedział, skąd bierze się chleb na stole, ale też by rozumiał, że praca rąk i szacunek do ziemi to wartości, których nie zastąpi żadna aplikacja w telefonie. To święto to dla nas lekcja pokory wobec natury i radości z jej darów.

Ustrzyki Dolne w tym dniu stają się stolicą wdzięczności. W powietrzu unosi się zapach pieczonego ciasta, słychać ludowe przyśpiewki, a kolorowe korowody przypominają nam, że jesteśmy częścią większej całości. Malowanie wozu było dla mnie osobistą modlitwą o to, by ten bieszczadzki klimat, ta nasza „aniołomania” i miłość do tradycji, nigdy nie wygasły. Bo póki pamiętamy o zapachu świeżego chleba i czerwieni maków w zbożu, póty nasza dusza pozostaje bogata.

```