Są w Bieszczadach takie miejsca, które kocha się aż do granic bólu. Dla mnie to te stare, drewniane cerkiewki, które przycupnęły w dolinach wokół Ustrzyk Dolnych. Każda z nich ma swoją historię, swój własny szept, ale jedna skradła moje serce wyjątkowo mocno. To Cerkiew w Równi. Jeśli jeszcze tam nie byliście, musicie to nadrobić. A jeśli byliście, to na pewno przyznacie mi rację, tam czas płynie inaczej.
To miejsce ma w sobie niesamowitą, magnetyczną siłę. Ten specyficzny zapach dziegciu, który czuć od progu, działa na mnie kojąco i daje mi mnóstwo artystycznych inspiracji. Czerpię z niego, gdy maluję moje anioły albo gdy układam bukiety. Jednak niedawno los postawił przede mną wyzwanie, które sprawiło, że poczułam prawdziwy ciężar odpowiedzialności. Dostałam zadanie udekorowania tej świątyni na uroczystość ślubnej.
Spis treści
Wyzwanie, które budzi pokorę
Uwierzcie mi na słowo, to nie było proste zlecenie. Kiedy staje się w progach takiego miejsca jak Cerkiew w Równi, człowiek czuje się mały. Zaczęłam się zastanawiać: jak ja mam upiększyć coś, co samo w sobie jest pięknem doskonałym? To była dla mnie prawdziwa lekcja pokory. Cały czas gryzłam się z myślami, jak nie przesadzić, jak nie „przesłodzić” tej przestrzeni, by jej naturalny, surowy urok został podkreślony, a nie po prostu upstrzony kwiatami.
Cerkiew to nie jest zwykłe tło. To żywa tkanka, która wymaga uwagi. Praca w takim wnętrzu różni się od dekorowania nowoczesnych sal czy kościołów. Tutaj każde uderzenie młotka, każda kropla wody czy szelest celofanu wydają się zbyt głośne, niemal nie na miejscu. Trzeba poruszać się cicho, z szacunkiem do tych starych belek, które widziały już tyle ludzkich losów. Czułam, że każdy mój ruch jest obserwowany przez historię zapisaną w ciemnym drewnie.
Między nostalgią a ślubną radością
Do tego wszystkiego doszedł jeszcze dylemat związany z wyborem kwiatów. Panna młoda wymarzyła sobie na ten dzień konkretny bukiet, a ja musiałam go jakoś ożenić z nostalgią i trudną historią, która bije z cerkiewnych murów. Czy to, co nowoczesne i ślubne, nie pogryzie się z tą bieszczadzką ciszą? Kompozycja spędzała mi sen z powiek. Musiałam znaleźć sposób, by kwiaty nie walczyły z architekturą, ale stały się jej naturalnym dopełnieniem, jakby wyrosły tam same z siebie, zwabione zapachem starej cerkwi.
Zależało mi na tym, by dekoracja nie była tylko „ozdobą”, ale częścią opowieści o nowym początku dwojga ludzi, który dzieje się w cieniu bieszczadzkich wzgórz. Każda łodyga musiała znaleźć swoje miejsce w tym specyficznym mikroklimacie, gdzie chłód murów miesza się z ciepłem wiary i nadziei. To nie była tylko praca florystyczna, to było szukanie balansu między tym, co ziemskie i radosne, a tym, co duchowe i ponadczasowe.
Gladiole i margerytki, czyli bieszczadzkie wesele
W centrum całej dekoracji miały znaleźć się duże, strzeliste gladiole. Przyznam, że miałam spore obawy. Czy takie potężne mieczyki nie przytłoczą tego małego, intymnego wnętrza? Czy nie będą wyglądały zbyt dumnie w skromnej cerkiewce? Jednak, jak to w życiu bywa, rozwiązanie przyszło samo i okazało się niezwykle trafne.
Z pomocą przyszły mi białe margerytki. To one stały się tym brakującym ogniwem. Te proste, polne kwiaty doskonale zrównoważyły majestat gladioli. Dzięki nim całość nabrała swojskiego, przaśnego charakteru, nie tracąc przy tym na wytworności, która przecież towarzyszy sakramentowi zaślubin. Stałam tam wśród ławek, układając łodygi, i czułam, że te dwa światy: ten elegancki i ten bieszczadzki, polny – w końcu zaczynają do siebie pasować.
Nagroda od bieszczadzkiego słońca
Gdy skończyłam pracę, czułam na plecach zmęczenie, ale w głowie wreszcie zapanował spokój. Wszystkie rozterki, które towarzyszyły mi przy dekorowaniu, odeszły w niepamięć. I właśnie wtedy, na sam koniec, dostałam od Bieszczad najpiękniejszą nagrodę.
Wieczorne, zachodzące słońce zaczęło zaglądać przez okna, rozświetlając wnętrze cerkwi tak niezwykłym blaskiem, że aż zaparło mi dech. To słońce zrekompensowało mi każdą chwilę niepewności. W tym złotym świetle cerkiew w Równi wyglądała jak z najpiękniejszego snu. Udało mi się zrobić zdjęcie tej chwili i powiem Wam, że jest ono dla mnie bezcenne. To był ten moment, w którym poczułam, że udało mi się oddać ducha tego miejsca.



Bieszczady i ich cerkiewki uczą nas, że piękno nie musi krzyczeć. Czasem wystarczy kilka białych kwiatów i szacunek do starego drewna, by stworzyć coś, co zostanie w pamięci na zawsze. Mam nadzieję, że młoda para, stając przed ołtarzem, poczuła tę samą magię, którą ja czułam, kończąc dekorację w blasku zachodzącego słońca.

