Jak powstają bieszczadzkie anioły? Zapraszam do mojej pracowni

Jak powstają bieszczadzkie anioły

Usiądźcie wygodnie, weźcie w dłonie kubek parującej herbaty z lipy i pozwólcie, że zabiorę Was w podróż do miejsca, gdzie czas płynie nieco wolniej, a powietrze zawsze pachnie świeżym drewnem i kawą. Często dostaję od Was pytania o to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami mojej pracowni. Chcecie wiedzieć, jak powstają bieszczadzkie anioły, które później zamieszkują w Waszych domach. Dzisiaj uchylę rąbka tajemnicy i pokażę Wam ten proces nie tylko słowem, ale i obrazem.

Bieszczadzki rytm tworzenia i muzyka w tle

W moim magicznym królestwie, pośród wiórów i pędzli, rzadko panuje absolutna cisza. Tworzenie to dla mnie proces wielozmysłowy. Kiedy biorę do ręki kawałek drewna, w tle często wybrzmiewają dźwięki, które nierozerwalnie kojarzą się z naszymi górami. W filmie, który możecie obejrzeć powyżej, usłyszycie utwór „Pod prąd” legendarnej grupy KSU. Chłopaki z Ustrzyk Dolnych zgodzili się, by ich muzyka towarzyszyła moim aniołom, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Ta energia, ta bieszczadzka duma i niepokorność, zaklęte są w każdym ruchu mojego pędzla.

Zanim jednak anioł nabierze kolorów, przechodzi długą drogę. Muszę się Wam przyznać do czegoś, co czasem mnie dopada. Bywają dni, kiedy patrząc na dziesiątki nieoszlifowanych jeszcze deszczułek, czuję się jak trybik w ogromnej machinie. Przypominam sobie wtedy Charliego Chaplina w kultowym filmie „Modern Times” – widzę siebie, jakbym przykręcała tę samą śrubkę w nieskończonym korowodzie takich samych elementów. To te momenty żmudnej, rzemieślniczej pracy, której nie widać na gotowym produkcie, a która wymaga cierpliwości i pokory.

Początek i koniec – chwile najczystszej radości

Na szczęście to uczucie bycia „trybikiem” to tylko krótka chwila, która szybko mija. Bo to, jak powstają bieszczadzkie anioły, to przede wszystkim historia o radości tworzenia. Najbardziej kocham dwa etapy tej drogi. Pierwszym jest sam początek – ten moment, w którym w głowie rodzi się nowy pomysł. Kiedy widzę nową postać, nowy układ skrzydeł czy nieoczywiste połączenie barw. To czas czystej inwencji, projektowania i wycinania pierwszych wzorów. Wtedy wszystko jest możliwe, a wyobraźnia nie zna granic.

Drugim ulubionym momentem jest sama końcówka, czyli dekorowanie i upiększanie aniołka. To wtedy nadaję mu duszę. Maluję rumieńce, dopracowuję detale na sukniach, dodaję złocenia, które pięknie mienią się w bieszczadzkim słońcu. To etap, w którym bezkształtny kawałek drewna staje się istotą z charakterem, gotową, by nieść komuś opiekę i uśmiech. To wtedy czuję największą satysfakcję, widząc, jak moja praca zamienia się w coś wyjątkowego.

Rodzinna pasja zamknięta w kadrze

Jest jednak coś jeszcze, co sprawia, że ten wpis i dołączony do niego film są dla mnie wyjątkowe. Często pytacie, czy w Bieszczadach pasja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Patrząc na ten materiał, myślę, że tak. Film, który możecie podziwiać, zrobił i zmontował mój syn, Tomek.

Kiedy Tomek był jeszcze nastolatkiem, potrafił z niezwykłą wrażliwością uchwycić te wszystkie ulotne chwile w mojej pracowni. To on stał za obiektywem, cierpliwie czekając na odpowiednie światło i kadr, by pokazać Wam, jak wygląda moja codzienność. Patrząc na efekt jego pracy – na dynamikę montażu i to, jak czuje bieszczadzki klimat – nie mogę powstrzymać matczynej dumy. Czyżby artystyczne zacięcie było u nas rodzinne? Tomek udowodnił, że potrafi dostrzec piękno w pyle drewna i zapachu farb, zamieniając moją pracę w małe dzieło sztuki filmowej.

Kiedy więc zastanawiacie się, jak powstają bieszczadzkie anioły, pamiętajcie, że to nie tylko moja praca. To także wsparcie moich bliskich, oko Tomka uchwycone w kadrze i wspólne bieszczadzkie wieczory. Każdy szlif, każde pociągnięcie pędzla i każdy kadr na tym filmie to fragment naszej wspólnej historii, którą dzielimy się z Wami z całego serca.

Dziękuję, że jesteście częścią tej opowieści. Mam nadzieję, że dzięki Tomkowi poczujecie się w mojej pracowni jak u siebie. Zapraszam do oglądania!

```