Dziś chciałabym Wam opowiedzieć historię o tym, jak cierpliwość i bieszczadzki upór spotkały się z materią niezwykłą. Dzisiaj bohaterką moich opowieści jest ona – „królowa” żywica epoksydowa. Tajemnicza, kapryśna, wymagająca, a przy tym tak kusząca, że nie sposób było jej się oprzeć. Tworzenie aniołów z żywicy epoksydowej stało się dla mnie nie tylko nowym etapem rzemiosła, ale prawdziwą lekcją pokory i odkrywania piękna tam, gdzie pozornie go brakuje.
Przez lata patrzyłam na prace innych twórców z nieskrywanym zachwytem. Widziałam w żywicy tę głębię, która przypomina bieszczadzkie potoki w słoneczny dzień lub zastygły w czasie bursztyn. Fascynacja rosła we mnie powoli, jak mgła unosząca się nad połoninami o świcie, aż w końcu nadszedł ten moment. Dokładnie rok temu postanowiłam, że spróbuję.
Zainwestowałam nie tylko środki finansowe, ale przede wszystkim swój najcenniejszy dar, czas. Godziny spędzone na podglądaniu mistrzów, wertowaniu postów i marzeniu o tym, by moje rzeźbione drewno zyskało tę szklaną, magiczną oprawę. Tak narodził się pomysł na moje pierwsze „Leśne Anioły”.
Spis treści
Pierwsze kroki, czyli bieszczadzka improwizacja
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Długo się za to zabierałam, czułam ten charakterystyczny ucisk w żołądku, który towarzyszy nam, gdy robimy coś po raz pierwszy. Bałam się, że zmarnuję materiał, że drewno, nad którym spędziłam tyle czasu, zostanie bezpowrotnie zepsute przez jeden fałszywy ruch. Ale w końcu… nastał ten piątek. Postanowiłam, że nie mogę dłużej czekać.
W mojej pracowni, gdzie zwykle pachnie surowym drewnem i woskiem, pojawiły się nowe aromaty. Muszę się Wam przyznać, że moja pierwsza próba była czystym aktem bieszczadzkiej partyzantki. Zmieszałam epidian z żywicą całkowicie „na oko”, kierując się bardziej kobiecą intuicją niż szkiełkiem i okiem. Jak to u mnie bywa, a kto mnie zna, ten wie, że zawsze czegoś brakowało. A to waga gdzieś się zapodziała, a to zabrakło odpowiedniego pojemnika z miarką. Uznałam jednak, że serce podpowie mi właściwe proporcje.
Zalałam wyznaczone przestrzenie w moich drewnianych aniołach tym przezroczystym, gęstym płynem i… zaczęło się najtrudniejsze: czekanie. Weekend w Bieszczadach płynie wolno, ale ten dłużył mi się niemiłosiernie. Do poniedziałku wytrzymałam tylko dzięki sile woli. Kiedy w końcu bladym świtem pobiegłam sprawdzić efekty mojego kombinowania, serce biło mi jak oszalałe.
Urok niedoskonałości i lekcja cierpliwości
Wynik mojej pierwszej walki z materią był… zaskakujący. Udało się! Żywica zastygła, wiążąc w sobie kawałek bieszczadzkiego lasu. Choć w kilku miejscach powierzchnia okazała się matowa, a gładkość nie była idealna, poczułam ogromną dumę. Czy jednak wszystko w życiu musi być perfekcyjne od razu? Czy anioł, który rodzi się z pasji, musi błyszczeć jak z fabrycznej taśmy?
W tamtym momencie zrozumiałam, że cały urok polega na procesie uczenia się. Metoda prób i błędów to przecież najstarsza szkoła świata. Każdy pęcherzyk powietrza, każda matowa plamka na moich pierwszych pracach uczyła mnie szacunku do żywicy. To był mój pierwszy krok na drodze do celu, a droga ta, choć wyboista jak szlak na Tarnicę po deszczu, była niezwykle satysfakcjonująca. Tworzenie aniołów z żywicy epoksydowej wymaga nie tylko techniki, ale i zgody na to, że materia czasem ma własną wizję.
Nowy rozdział – precyzja spotyka pasję
Czas mija, a my zmieniamy się wraz z nim. Jakiś tydzień temu postanowiłam powrócić do mojej przygody z żywicą, ale tym razem postanowiłam zagrać według jej zasad. Przygotowałam się jak do wielkiego święta. Na stole zagościły pojemniki, precyzyjne strzykawki, a przede wszystkim sprawna waga. Trzymałam się instrukcji co do grama, celebrując każdy etap mieszania.
Różnica była kolosalna. Tegoroczne anioły lśnią zupełnie innym blaskiem. Teraz już wiem, że żywica epoksydowa to dama, która wymaga staranności, absolutnej dokładności i iście anielskiej cierpliwości. Nie znosi pośpiechu i drżącej ręki. To wypełnienie, które teraz zdobi moje rzeźby, nie ma porównania do tych pierwszych, nieśmiałych kroków sprzed roku.
Dziś patrzę na gotowe prace z ogromną satysfakcją. Pozostało jeszcze tylko kilka pieszczotliwych ruchów szlifierką, by wyrównać brzegi, oraz staranna impregnacja drewna, by wydobyć z niego głębię słojów. Już niedługo te bieszczadzkie anioły, nasycone leśną energią i blaskiem żywicy, będą mogły przyfrunąć do naszego sklepu internetowego. Wierzę, że wniosą do Waszych domów tyle samo ciepła i radości, ile ja włożyłam w ich tworzenie. Moja pasja do tej „królowej” dopiero się rozkręca, a ja czuję, że przed nami jeszcze wiele wspólnych tajemnic do odkrycia.

