Zimowa wyprawa na Pikuj – o spełnionych marzeniach i potędze drogi

Zimowa wyprawa na Pikuj

Czy zdarzyło Wam się kiedyś wypowiedzieć życzenie tak silne, że wszechświat po prostu nie mógł go zignorować? Takim moim marzeniem była zimowa wyprawa na Pikuj. No dobra, w ogóle wyprawa na ten szczyt, dodatek zimowa, miał być wisienką na torcie.

Ten wpis będzie o tym, dlaczego warto wychodzić ze swojej strefy komfortu oraz o tym, że dobrze jest, gdy Dobry Bóg jednak nie słucha wszystkich naszych modlitw. Często bowiem prosimy o spokój, podczas gdy nasze serce tak naprawdę łaknie burzy, która oczyści nas z codziennych trosk.

Pamiętajcie, by wypowiadając głośno życzenie, zastanowić się tysiąc razy nad jego sensem, bo życie lubi płatać figle i rzucać nam kłody pod nogi. Moje życzenie, wypowiedziane kiedyś przyjacielowi, brzmiało: „pojechałabym w góry na Ukrainę, w ukraińskie Bieszczady Wschodnie, odetchnąć od trosk, być na szczycie Góry tylko ze swoimi myślami i z Nią, z Górą, nawet teraz”. Patetyczne myśli, niemal jak u rasowego himalaisty, przetaczały się przez moją głowę, gdy tęsknie spoglądałam w stronę horyzontu. Los szybko podchwycił tę myśl. No to dostałam co chciałam.

Kiedy strach walczy z marzeniem

Wszystko zaczęło się od niespodziewanego telefonu w poniedziałek. Głos Pana Marka w słuchawce brzmiał stanowczo: „Marysia, w piątek ruszamy!”. Moja pierwsza reakcja? Totalny chaos. „Ale jak to? Gdzie? Po co? Teraz to nie… Pogoda, niebezpiecznie… Dużo pracy. Chyba nie jadę… A może jednak jadę… Jadę nie jadę…”. Tysiące argumentów za i tysiące przeciw walczyły w mojej głowie, by za chwilę ustąpić miejsca czystej radości, która kazała mi skakać do sufitu.

Ta huśtawka trwała do samego czwartku. Radość przemieszana z wątpliwościami i tysiącem wymówek, dlaczego „nie”, powoli zaczęła wygrywać. Ostatecznie klamka zapadła: nigdzie nie jadę. Argumenty przeciw przeważyły: bo bardzo pada, bo nie lubię zimy, co będzie jak zmoknę, przeziębienie. Strach, lenistwo i kiepski humor okazały się silniejsze od marzenia. Czwartkowy wieczór spędziłam jak „stara dewotka”, modląc się o deszcz, śnieg i siedem plag egipskich, by z czystym sumieniem móc się wymiksować ze spełnienia swojego marzenia.

Niestety, jak to mówią, „Pan Bóg strzela, a diabeł kule nosi…”. Jak na złość, w piątek od samego rana świeciło słoneczko, bezczelnie wdzierając się przez okna i wyśmiewając moje obawy. Odwrotu nie było. Mus to mus. Jadę. Pakowanie odbyło się w ostatniej chwili, w kompletnym kołowrotku myśli. Zastanawiałam się, „co oprócz kuszy na niedźwiedzie i filtra do uzdatniania wody z kałuży może się przydać w plenerze”. No dobra, raz się żyje. Może czasem krótko, ale ważne, że intensywnie. Zrozumiałam wtedy, że nie można żyć tylko pracą, a wyjazd nie musi być drobiazgowo zaplanowany, by czerpać z niego ogromną przyjemność.

Zimowa wyprawa na Pikuj: Droga ku oczyszczeniu

Nasz wesoły autobus mknął przez polsko-ukraińskie drogi przez całą noc, by o świcie dotrzeć do podnóży Karpat Wschodnich. Przed nami wyrósł ich najwyższy szczyt – Pikuj. Patrząc na jego ośnieżoną sylwetkę, poczułam, że to nie będzie zwykła wycieczka. Wejście na Górę potraktowałam jako moją osobistą drogę krzyżową, choć patrząc z perspektywy czasu, może lepiej zabrzmiałaby Droga Oczyszczenia.

W uszach brzmiały mi słowa piosenki KSU „Za mgłą”:

„Tam na dole zostało Wszystko to co cię męczy Patrząc z góry wokoło Świat wydaje się lepszy”

I rzeczywiście, tam na Górze nie potrafiłam myśleć o sprawach codziennych. Choć tak naprawdę najważniejsza była Droga. Nie zdobycie szczytu, nie sucha satysfakcja, że dałam radę. Liczyło się tylko to, że idę. Szłam mimo wyczerpania stromizną szlaku, mimo przenikliwego chłodu q zimowej już scenerii i wiatru hulającego w suchych o tej porze trawoskładach. Zapierające dech w piersiach widoki oraz cudowna ekipa sprawiły, że zapomniałam na trochę (a może na zawsze?) o swoich barierach.

Pikuj (1408 m n.p.m.) przywitał nas mroźnym wiatrem i śniegiem. To był moment, w którym czas się zatrzymał. Zmęczenie i radość, te dwie skrajne emocje, zostały uwiecznione na zdjęciach, które dziś są dla mnie najcenniejszą pamiątką.

Magia Borżawy i karpacki surrealizm

Drugi dzień mojego pobytu w Karpatach to wyprawa na Borżawę (dla niektórych Połoninę Borżawską), której celem było „zdobycie” Wielkiego Wierchu. Ech… co to był za dzień! Niesamowite krajobrazy, ciekawa trasa, słoneczna pogoda i oczywiście wspaniali ludzie, którzy sprawiali, że każdy krok był lżejszy.

Nie mogę przy tym nie wspomnieć o karpackiej architekturze, która ma w sobie coś pierwotnego i kojącego. Mijaliśmy piękne, malownicze wioski, drewniane domy, które zdawały się opowiadać historie sprzed stu lat. Jednak najbardziej uderzyła mnie przyjazna i gościnna miejscowa ludność. Nigdy nie zapomnę widoku dwóch panów stojących na drodze naprzeciwko swoich domów, którzy w tym mroźnym, górskim anturażu popijali herbatkę z pięknych porcelanowych filiżanek. To był „surrealizm jak z obrazów Dalego”, moment tak nieoczywisty, że aż magiczny.

Powroty do bieszczadzkiego domu

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy. Jak w piosence, „i tak się trudno rozstać…”. Trzeba było ze łzami w oczach żegnać góry, do których na pewno jeszcze wrócę. Satysfakcja z wyjazdu była bezcenna. Przez kolejny tydzień lewitowałam powyżej lamperii, nie potrafiąc mentalnie wrócić do nizin. Myślami ciągle „łaziłam” po ukraińskich Bieszczadach, na dobre zaszczepiając sobie pasję chodzenia po górach.

Na całe szczęście i w powrotach tkwi siła. Teraz moje serce grzeje świąteczna atmosfera dekoracji w Bieszczadzkiej Aniołomanii – przybywajcie je podziwiać, by choć przez chwilę poczuć tę magię, którą przywiozłam ze szczytów. Na koniec zostawiam Was z moim osobistym, poetyckim zapisem tej walki z Górą i Drogą:

„W drodze na szczyt – myśli tysiące
Upojona światem połonin
Ukojona szczytami gór
Wymęczona milionem kroków
Rozmarzona wśród gwiazd i chmur.
Zabujana w tysiącach metrów,
Wyciszona w przestrzeni lasu
Zakochana jak małe dziecko
Zatracona w magicznym czasie.”

P.S. Całą naszą ekipę serdecznie pozdrawiam! Dziękuję za wspaniały czas. Panie Marku, co Nie?

```