Magnesy bieszczadzkie a górski magnetyzm. Komu poplątał ścieżki Błud a kogo przyciąga Perełesnyk?

Surowe magnesy bieszczadzkie leżące na rustykalnym drewnianym stole w pracowni ceramicznej. Wokół schnących glinianych form z motywami plecaków, ciężkich butów i polnych kwiatów rozłożone są pędzle, narzędzia rzeźbiarskie oraz otwarte słoiczki z kolorowym szkliwem.

Zastanawiam się czasem dlaczego z niektórych miejsc wyjeżdża się tylko z pamiątkowymi zdjęciami a z innych z dziwnym uciskiem w żołądku i tęsknotą która nie mija przez kolejne miesiące.

Bieszczady zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. Znacie mnie, nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do tutejszych legend, które mówią jasno, że w tych lasach i na wietrznych połoninach od wieków krążą siły, których jedynym celem jest usidlenie wędrowca.

Stare ludowe podania wspominają o psotnych i potężnych duchach. Jednym z nich jest Perełesnyk, to ten, który rozkochuje ludzkie serca. Wystarczy raz spojrzeć ze szczytu na falujące, zielone morze lasów, a on już zadba o to, aby nigdy nie zapomnieć tego widoku.

Z kolei Błud to nocny mąciciel, duch plączący ścieżki i mylący drogę. Błud potrafi tak namieszać w głowie, że człowiek gubi orientację i zamiast wracać do cywilizacji zapuszcza się coraz głębiej w gęstwinę.

To właśnie te dwie siły sprawiają że w Bieszczady, przyjezdni przyjeżdżają tylko raz. Każdy podróżnik jest poddany działaniu tego specyficznego górskiego magnetyzmu. Różni się tylko siła rażenia i to jak bardzo człowiek pozwoli duchom przejąć nad sobą kontrolę.

Usidleni na zawsze czyli Bieszczadzkie Zakapiory

Na niektórych ten górski urok zadziałał wręcz z mocą niszczycielską. Mowa tu o bieszczadzkich zakapiorach czyli ludziach, których góry pochłonęły w całości i na zawsze. Byli to uciekinierzy z wielkich miast, niespełnieni artyści, wizjonerzy i życiowi rozbitkowie którzy przyjeżdżali tu często tylko na chwilę. Chcieli schować się przed zgiełkiem lub ukryć przed goniącym ich systemem. Błud jednak tak skutecznie splątał ich ścieżki powrotne że już nigdy z tych gór nie wyjechali.

Zamieszkali w dymnych, prostych chatach, pracowali przy wypale węgla drzewnego lub wędrowali od wsi do wsi z dłutem w kieszeni i gitarą na plecach. Wystarczy wspomnieć Jędrka Połoninę, legendarnego rzeźbiarza, rysownika i barda, który z egzystencji z dala od wygód uczynił prawdziwą sztukę.

Innym znanym przykładem jest Władysław Nadopta, znany w całej Polsce dzięki piosence Wolnej Grupy Bukowina jako Majster Bieda. Nadopta spędził w górach większość swojego życia, stając się elementem lokalnego krajobrazu, zbierając to co daje las lub pomagając przy zrębie a przede wszystkim dzieląc się opowieściami z turystami mijanymi na szlakach.

Ci wyjątkowi ludzie z czasem sami stali się żywymi legendami. Duchy Bieszczadów zatrzymały ich dla siebie, zamieniając w symbole wolności.

Uroki rzucane na dzisiejszych wagabundów

Oczywiście nie każdy ma w sobie tyle buntu i odwagi aby rzucić wszystko, zostawić dotychczasowe wygodne życie i wyjechać w Bieszczady. Większość podróżników ma swoje zobowiązania, rodziny, kredyty i stanowiska w przeszklonych biurowcach, dlatego bieszczadzkie duchy rzucają na współczesnych turystów lżejszy, choć wcale nie mniej dokuczliwy czar, wywołując nieuleczalną i przewlekłą tęsknotę.

To specyficzny fenomen, na który cierpi niemal każdy kto choć raz na poważnie poczuł zapach dymu z ogniska nad Sanem i zmęczył nogi na podejściach.

Taki wagabunda wraca fizycznie do swojego wielkiego miasta, ale mentalnie wciąż wędruje po bieszczadzkich szlakach. Sam powrót na bezpieczne niziny bywa zresztą niezwykle bolesny, bo betonowe chodniki wydają się zbyt twarde a powietrze zbyt gęste od spalin. Ludzie, zarażeni górskim wirusem, spędzają długie zimowe wieczory na przeglądaniu starych map i nerwowym odliczaniu dni do następnego urlopu.

Magia Perełesnyka wzywa ich z powrotem niczym niewidzialny magnes. Zostali ukąszeni przez bieszczadzkiego bakcyla i doskonale wiedzą że prędzej czy później znów będą musieli wyciągnąć wysłużony plecak z szafy.

Kawałek magii w plecaku od Bieszczadzkiej Aniołomanii

Prawdziwy wędrowiec podróżuje zazwyczaj na lekko. W plecaku wypchanym ciepłym śpiworem i górskim prowiantem nie ma miejsca na wielkie i ciężkie pamiątki. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie nosił wielkich rzeźb przez dwadzieścia kilometrów górskiej wędrówki na Smerek czy Tarnicę, dlatego idealnym nośnikiem bieszczadzkiego czaru staje się coś małego, ale pełnego prawdziwego znaczenia czyli ręcznie robionych magnesach z pracowni Bieszczadzka Aniołomania. Staram się w tym lokalnym warsztacie uchwycić te wszystkie ulotne górskie wspomnienia, żeby zamknąć je w miniaturowych formach. I o zgrozo słowo magnes zyskuje tu zupełnie nowy wymiar.

Z jednej strony to niezwykle praktyczny przedmiot z uwięzionym w nim kawałkiem autentycznego rzemiosła, detal który bez problemu zmieści się w najmniejszej kieszonce turystycznego plecaka. Z drugiej to dosłowny nośnik magnetyzmu, swoisty talizman, który po powrocie do cywilizacji na nowo przyciąga myśli z powrotem w ukochane góry.

Mikrolokalny czar zamknięty w detalu

To co najbardziej wyróżnia prace z Bieszczadzkiej Aniołomanii na tle zalewającej przydrożne stragany masowej chińszczyzny, to dbałość o detale i fascynacja mikrolokalnością.

Bieszczady to przecież nie jest jeden zlewający się w abstrakcyjną całość obszar gdzie każda wieś wygląda dokładnie tak samo. Każde pasmo i każda osada ma swoją całkowicie unikalną historię i swoje specyficzne symbole.

Magia bieszczadzka działa w bardzo konkretnych miejscach i magnesy wyprodukowane przeze mnie to oddają.

Wędrując przez ciche, oddalone od głównych tras i otoczone puszczą Muczne, turysta znajdzie pamiątki z pięknym, dostojnym żubrem, przypominającym o znajdującej się tam słynnej zagrodzie pokazowej i dzikich stadach przemierzających okoliczne lasy. Z kolei zaglądając do gwarnych i bardziej miejskich Ustrzyk Dolnych, podróżnik wpadnie na buntowniczy klimat. Tam w ofercie królują magnesy z motywem ciężkich, skórzanych glanów, oddające hołd legendarnej punkrockowej grupie KSU która właśnie z tych ulic czerpała swoją energię.

To nie są przypadkowe obrazki hurtowo naklejane na cienką sklejkę a prawdziwa esencja danej miejscowości, którą można fizycznie wziąć w dłoń i poczuć jej historię.

Magnetyczne przyciąganie dla lokalnego biznesu

Skoro te małe przedmioty potrafią oddać duszę dzikiego Mucznego czy rockowych Ustrzyk, to oznacza że mogą równie dobrze opowiedzieć fascynującą historię absolutnie każdego innego, wyjątkowego miejsca ukrytego w tych górach. I to jest ogromna, wciąż zbyt rzadko wykorzystywana szansa dla lokalnych biznesów. Klimatyczne karczmy serwujące wybitne regionalne jedzenie czy małe, przytulne pensjonaty mogą mieć swój własny, całkowicie unikalny nośnik wspomnień.

Wystarczy otworzyć się na współpracę, zgłosić się do Bieszczadzkiej Aniołomanii i połączyć biznesowe siły. Jako doświadczona artystka, doskonale wiem jak przełożyć klimat konkretnego miejsca na precyzyjny język rzemiosła. Wspólnie z gospodarzami uważnie dobieram idealny symbol ich biznesu.

Może to być detal który z marszu skojarzy się wczasowiczom z ciepłem starego kominka w ich ulubionym salonie albo ze smakiem mocnej, porannej kawy wypitej na drewnianej werandzie z widokiem na połoninę. W ten sposób w pracowni powstają spersonalizowane magnesy, które goście zabiorą ze sobą do domu.

Codzienne przypomnienie ulotnych wspomnień zawieszone na drzwiach lodówki

Na koniec wszystko sprowadza się bowiem do momentu daleko w wielkim mieście. Za każdym razem, gdy usidlony przez Bieszczady turysta wstaje szarym świtem w swoim krakowskim, czy poznańskim mieszkaniu, idzie do kuchni i jeszcze zaspany sięga do lodówki, jego wzrok automatycznie pada na bieszczadzki magnes z Bieszczadzkiej Aniołomanii. Ten mały, wykonany rzemieślniczy przedmiot przyczepiony do chłodnego metalu działa na wyobraźnię jak zaklęcie. Z miejsca przenosi w czasie, przypomina o chłodnym wietrze na połoninach, o ciężkich butach brnących przez błoto na Szeroki Wierch i relaksującym szumie bukowego lasu. Tak działa czar rzucony poprzedniego lata przez Perełesnyka. To właśnie ta malutka, codzienna przypominajka stanowi najlepszą gwarancję że gdy tylko przyjdzie kolejny sezon, ten sam uwięziony w miejskiej dżungli turysta znów z uśmiechem na twarzy spakuje swój stary plecak. Wróci dokładnie w to samo miejsce, by jeszcze raz, z własnej woli dać się uwieść magii i bieszczadzkim opowieściom.

Posłowie: skąd pochodzą słowa Błud i Perełesnik

Legendy o Błudzie i Perełesnyku nie są zbyt popularne. Częściej czyta się o Sanie, Biesach i Czadach, dlatego też chcę Wam przybliżyć te postacie, bo są one mi szczególnie bliskie, zwłaszcza językowo.

Perełesnik – Kusiciel

Perełesnyk to postać zaczerpnięta z folkloru ukraińsko-karpackiego, z którym tutejsze bieszczadzkie legendy mocno się przenikają. W oryginalnych podaniach ludowych był to demon latający pod postacią ognistego żaru, przypominający spadającą gwiazdę. Kiedy docierał na ziemię, przybierał ludzką formę. Najczęściej wcielał się w nieobecnego ukochanego, za którym ktoś bardzo tęsknił, lub po prostu w niezwykle przystojnego mężczyznę.

Jego głównym celem było uwodzenie. Kobieta, którą upodobał sobie Perełesnyk, zakochiwała się w nim wręcz obsesyjnie, traciła kontakt z rzeczywistością, nie potrafiąc myśleć o niczym innym. Był to duch uosabiający niebezpieczną, pochłaniającą miłość, z której nie dało się łatwo wyleczyć, bo demon karmił się właśnie tym ludzkim pragnieniem.

W tym artykule celowo wyciągnęłam tę postać z dawnych wierzeń i użyłam jej jako metafory. Same Bieszczady działają na turystów dokładnie tak jak ten karpacki demon. Rozkochują ich w sobie do szaleństwa, zostawiając z ogromną tęsknotą, która na nizinach nie daje spokoju i zmusza do ciągłych powrotów.

Samo słowo Perełesnyk jak się domyślacie pochodzi z języka ukraińskiego a właściwie prasłowiańskiego.

Dla polskiego ucha słowo to brzmi, jakby miało w sobie rdzeń „las”, kojarząc się z leśnikiem, ale językowo jest to całkowicie mylny trop. Prawdziwym źródłem tej nazwy jest starosłowiańskie słowo lestь, oznaczające ułudę, oszustwo i pochlebstwo. W języku ukraińskim do dziś funkcjonuje rzeczownik лестощі (pochlebstwa) oraz czasownik перелещати (uwodzić, zwodzić), dlatego Perełesnyk w dosłownym tłumaczeniu z języków wschodnich oznacza Kusiciela, Zwodziciela lub Bałamuta.

Błud czyli sprowadzający obłęd

Nazwa Błud wywodzi się bezpośrednio ze wschodniosłowiańskiego pnia i jest bardzo blisko spokrewniona z naszym polskim słowem błąd oraz błądzić. W języku ukraińskim słowo blud oznacza błądzenie, zgubę, a w starszym znaczeniu także obłęd i całkowitą dezorientację.

W karpackich, w tym również bieszczadzkich wierzeniach ludowych Bojków i Łemków, Błud był niezwykle złośliwym duchem przestrzeni oraz demonem bezdroży. W przeciwieństwie do Perełesnyka nie interesowało go uwodzenie, ale wprowadzanie fizycznego chaosu. Błud rzadko przybierał konkretną postać. Najczęściej był po prostu niewidzialną siłą, która osiadała na karku wędrowca, choć czasem ukazywał się pod postacią zwierzęcia lub zwodniczego światełka na torfowiskach.

Jego jedynym celem było splątanie dróg. Demon sprawiał, że ofiara nagle traciła zmysł orientacji i potrafiła całymi godzinami kręcić się w kółko na bardzo małym, doskonale znanym sobie obszarze. Ludzie usidleni przez Błuda opowiadali potem, że gubili się dosłownie kilkanaście metrów od własnego domu, ponieważ nagle krajobraz stawał się dla nich całkowicie obcy, a znajome ścieżki znikały pod nogami.

Dawni mieszkańcy Bieszczad znali jednak skuteczne sposoby na obronę przed tym demonem. Aby zdjąć urok Błuda, należało zatrzymać się w miejscu, zdjąć z siebie odzież i założyć ją na lewą stronę, ewentualnie zamienić buty z lewej nogi na prawą. Ten prosty zabieg magiczny odwracał porządek rzeczy i całkowicie mylił demona, który tracił zainteresowanie wędrowcem i puszczał go wolno.

```