„Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach
One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień”
Dla mnie w Bieszczadzkiej Aniołomanii słowa tej kultowej piosenki Starego Dobrego Małżeństwa to niemal codzienność. Ten bieszczadzki ogień zazwyczaj przyjmuje u mnie postać łagodnych i jasnych aniołów. Stały się one moim znakiem rozpoznawczym i każdego dnia wskazują mi twórczą drogę. Czasem jednak czuję, że moja artystyczna dusza potrzebuje odmiany i chce zejść z utartych szlaków.
Spis treści
Tęsknota za mroczną duszą
Od dawna marzyłam o stworzeniu czegoś zupełnie innego. Chciałam ulepić coś, co miałoby w sobie choć odrobinę mrocznej duszy. Problem polegał na tym, że klasyczne bieszczadzkie czarne charaktery zupełnie mi nie wychodzą. Glina w moich dłoniach po prostu buntuje się przeciwko tworzeniu biesów, czadów czy dusiołków. Próbowałam, ale te postacie z lokalnych legend zupełnie nie pasowały do mojej wizji. Zawsze wychodziły mi istoty zbyt łagodne, pozbawione tego niepokojącego pazura. Skoro jednak znane wszystkim, zazwyczaj męskie, bieszczadzkie demony odpadały, musiałam poszukać inspiracji gdzie indziej. Odpowiedź znalazłam w fascynującej, kobiecej stronie słowiańskiej mitologii.
Kto dzielił las z biesami?
Kiedy zagłębiłam się w świat dawnych wierzeń mieszkańców tych ziem, dawnych Łemków i Bojków, odkryłam niesamowitą rzecz. W bieszczadzkich lasach oprócz aniołów i biesów żyły potężne istoty kobiece. Świat ogólnosłowiański znał je jako Wiły, ale tutaj wierzono masowo w duchy, które miejscowi nazywali najczęściej Mawkami (albo Nawkami) oraz Boginkami.
Niejednoznaczna natura łemkowskich Boginek
To nie były zwykłe bajki na dobranoc. Natura Mawek była niezwykle niejednoznaczna i to właśnie mnie w nich zafascynowało. W przeciwieństwie do aniołów nie reprezentowały one czystego dobra, ale daleko im było także do jednoznacznego zła. Były dzikimi duchami lasów oraz rzek. Istotami absolutnie wolnymi i bardzo kapryśnymi. Miejscowe legendy opowiadają, że Mawki opiekowały się dziką przyrodą. Mieszkały w korytach górskich strumieni, ukrywały się na leśnych polanach i tańczyły w świetle księżyca.
W ludowych podaniach wyobrażano je sobie jako przepiękne, młode dziewczęta, odziane zaledwie w cienkie, zgrzebne koszule. Uwodziły wędrowców swoim śpiewem i nieziemskim wdziękiem. Miejscowi czuli do nich tak wielki respekt, że na skraju lasu często zostawiali im dary. Przynosili świeży chleb, odrobinę mleka czy kolorowe wstążki, aby udobruchać te byty i móc bezpiecznie przejść przez knieję. Mawki potrafiły być dobre i obdarować drwala niespodziewanym bogactwem, ale z drugiej strony skrywały w sobie ogromną grozę. Biada temu, kto je rozzłościł, zniszczył ich las lub dał się wciągnąć w ich szaleńczy nocny taniec. Potrafiły zatańczyć lub po prostu zaskokotać, czyli zaszczegotać nieszczęśnika na śmierć. Miały w sobie dokładnie tę dzikość i iskrę tajemnicy, której od dawna szukałam do moich prac.
Skrzydła z kory i magia wypału
Z myślą o tych niejednoznacznych, leśnych Boginkach zaczęłam tworzyć w pracowni nowe figury. Zależało mi na pokazaniu ogromnego kontrastu między anielską łagodnością a dzikością natury. Dlatego do ich stworzenia używam gliny z dodatkiem szamotu. Dzięki niemu masa jest niezwykle plastyczna i pozwala mi precyzyjnie rzeźbić detale, ale jednocześnie daje tę pożądaną, surową strukturę. Jeśli przyjrzycie się skrzydłom moich nowych rzeźb, zauważycie brak typowej anielskiej gładkości. Wyglądają chropawo i przypominają strukturę spękanej ziemi lub kory starego bieszczadzkiego drzewa, co uzyskuję pracując specjalną szczotką do gliny.
Ostateczny charakter rzeźb to zasługa magii wypału. Figurki wypalam dwukrotnie. Najpierw na biskwit, a następnie nakładam tlenki oraz moje ulubione szkliwa marek Amaco i Terracolor, by na koniec utrwalić je w niskim wypale. Ta technika pozwala mi zderzyć chropowate, niemal drewniane skrzydła z gładką, błyszczącą powierzchnią kolorowych ubrań.
A skoro o ubraniach mowa, początkowo chciałam po prostu ulepić dawną Mawkę. Z gliny zaczęły mi jednak wychodzić postacie o niezwykłej, wręcz wyzywającej pewności siebie. Zamiast w zgrzebne koszule z dawnych podań, ubrałam je w szerokie, błyszczące czerwone spodnie, dopasowane błękitne jeansy i krótkie topy. Do rąk włożyłam im designerskie torebki, czarne kopertówki i eleganckie kuferki. Zderzenie tej tradycyjnej wizji z na wskroś nowoczesną, wielkomiejską modą zadziałało na wyobraźnię. Ze względu na ten modowy sznyt od razu zyskały w pracowni miano „Balanciag”.
Fascynacja czy oburzenie?
Jeśli zastanawiacie się, jak te współczesne, odważne Mawki zostały przyjęte przez odbiorców, powiem krótko. Rzeźby sprzedały się na pniu, a ja do dziś dostaję o nie ciągłe zapytania! Co niezwykle ciekawe, już same zdjęcia surowych, jeszcze niewypalonych figurek pokazane w procesie tworzenia wywołały w sieci ogromny oddźwięk. Nie było mowy o żadnym oburzeniu modowym sznytem. To była czysta fascynacja. Kobiety były absolutnie zachwycone tą niezależną i nieujarzmioną energią. Panowie natomiast reagowali w komentarzach nieco bardziej powściągliwie, ale mam wrażenie, że te wyzywające, pewne siebie postacie bez twarzy po prostu lekko ich zawstydziły.
Współczesne wcielenie dzikiej magii
Dla mnie „Balanciagi” to współczesne wcielenie tych dawnych, uwodzicielskich nimf. Zachowały w sobie tę niezależną i nieujarzmioną duszę. Nie mają twarzy, co czyni je jeszcze bardziej enigmatycznymi. Są jak lustro, w którym każdy może zobaczyć coś innego. Czasem muszę poszukać głębiej w lokalnych legendach, aby wyłamać się ze schematów i ulepić z gliny coś naprawdę wyjątkowego. Moje ceramiczne Balanciagi to mój osobisty hołd dla bieszczadzkich Mawek ujęty w nowoczesne ramy. Zobaczcie w galerii jaką przybrały formę.
Poczuj się ojcem lub matką nowej figurki
Jeśli czujecie, że ta pierwotna, leśna magia Was przyciąga, zapraszam Was serdecznie do mojej galerii.
A Wy kogo widzicie w naszych nowych rzeźbach? Czujecie w nich tę dawną, niejednoznaczną naturę Boginek? Wolicie klasyczne anioły, czy może dacie się uwieść współczesnym Mawkom? Zapraszam na mojego Facebooka i dajcie znać w komentarzach! Przy okazji zachęcam Was do dyskusji. Jakie bieszczadzkie stwory jeszcze nie doczekały się należytego miejsca w Bieszczadzkiej Aniołomanii? Piszcie śmiało, ale miejcie na uwadze jedno. Czarne charaktery mi absolutnie nie wychodzą, więc najgorsze demony na starcie odpadają!
A swoją drogą, czy wiedzieliście, że według etnografów Bieszczady były kiedyś prawdziwym centrum upiornictwa? Nasz region zyskał tak mroczną opinię między innymi przez silną izolację tutejszych wsi oraz niesamowite mieszanie się wschodniego chrześcijaństwa z głęboko zakorzenionymi, dawnymi rytuałami pogańskimi. Ale o tym opowiem Wam może następnym razem!

