Odpowiedź na to pytanie jest całkiem banalna. Bieszczady są nie tylko natchnieniem, nie tylko przystankiem lecz przede wszystkim marzeniem. Jedni marzą by je odwiedzić, inni by tu wracać jak najczęściej, a jeszcze inni by zamieszkać tu na stałe. Jednak do całego towarzystwa kochających ten dziki zakątek Polski warto dodać Młode Pary, które co raz chętniej i częściej wybierają bieszczadzkie cerkwie by wziąć Ślub, by powiedzieć sobie TAK w miejscu pełnym historii, tradycji, ciszy i harmonii.
Tym razem moja Młoda Para wybrała sobie cerkiew w Smolniku, jedyną ocalałą w Bieszczadach w Bojkowskim stylu. Jadąc w głąb Bieszczad z Ustrzyk Dolnych do Górnych mijamy ją po lewej stronie. Piękna i skromna cerkiewka stoi na wzgórzu wśród starych majestatycznych drzew, zachęcając do odwiedzenia cudownej i uroczej świątyni. Pewnie większość z Was wie, że w niej się zatrzymał czas, że nie ma tam prądu, że zamiast żarówek wnętrze oświetlają świece umocowane na żyrandolu z poroża, które są zapalane przed każdą Mszą Św. i gaszone tuż po niej, że trzeba liczyć się z tym iż ślubna suknia lub garnitur mogą zostać ozdobione kropelkami wosku kapiącego ze świec.
"Zawsze nam się marzył ślub w Bieszczadach i tak jakoś wyszło. Na początku naszego związku w Bieszczadach spędziliśmy nasz wspólny urlop i wtedy powstało to marzenie. A teraz w wakacje jak byliśmy pokazać synkowi Bieszczady to znaleźliśmy w sumie przez przypadek ten Smolnik i oboje wiedzieliśmy, że to będzie Nasze miejsce. I tak się spełniło nasze marzenie , a między innymi dzięki Pani był to wyjątkowy i przepiękny ślub ".
Kiedyś już pisałam, że MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ. Młoda Para razem ze swoim marzeniem spełniła też i moje. Bardzo się ucieszyłam na wieść, że wreszcie mam okazję stroić to wyjątkowe miejsce. Zwiedzając Bieszczady pamiętajcie, że warto tam wstąpić by poczuć moc, by znaleźć natchnienie, by spełniać marzenia.
Na koniec tego postu chcę bardzo podziękować Justynie i Pawłowi za udostepnienie zdjęć, za zlecenie dekoracji w cerkwi w Smolniku. Wasze zadowolenie z mojej pracy dla mnie jest bezcenne. Jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego. Niech wszystkie Wasze marzenia się spełniają !!!
Z dnia na dzień zmieniło się życie każdego z nas. Najpierw tragiczne wydarzenia w Chinach, potem we Włoszech. Wtedy chyba jeszcze nikt nie przypuszczał jak bardzo Covid-19 wpłynie na zdrowie, finanse i pracę ludzi na całym swiecie. Każdy z niedowierzaniem słuchał tych przerazajacych wiadomości, wprowadzenia pandemii i wszystkich środków zapobiegawczych minimalizujacych zagrożenie dla naszego zdrowia a przede wszystkim życia. Jednak nie będę się rozpisywać na ten temat ponieważ każdy z nas śledzi wydarzenia na bieżąco, każdy z nas zdaję sobie sprawę z powagi zdrowotnej, gospodarczej jak i politycznej sytuacji. Więc dla rozluźnienia przeczytajmy w moim dzisiejszym wpisie o czymś przyjemnym, bardziej budującym i niosącym nadzieję. Ogłoszenie przez rząd pandemii dosłownie zamknęło nas wszystkich w domu. Hasło #zostańwdomu zdominowało wszystkie media. No cóż... Najpierw wielka euforia. Boże, nie muszę iść do pracy, świat się nie zawali jak nie pójdę, w zasadzie wszystkich to dotyczy. O, to posprzatam sobie porządnie mieszkanie, zacznę od strychu, dawno to chciałam zdobić. No i co? A nic...wielka klapa. Po dwoch dniach wolności czułam się co raz gorzej, czułam że gorączkuje, moje samopoczucie było co raz gorsze. Mimo uruchomienia wszystkich możliwych kuracji domowych czwartego dnia przed weekendem zadzwoniłam do lekarza. No i dostałam antybiotyk oraz inne specyfiki. Dobrze że jeszcze nie było zakazu wychodzenia nastolatków z domu bo bym chyba umarła lub zakichała cały blok. No ale co tu nagle ze sobą zrobić. Głowa boli, zatoki dokuczają, osłabiona, na oskrzelach ciężko a jednak leżeć nie bardzo daję radę. Zabrałam się mimo osłabienia za coś co zawsze odkładam. Przejdę więc do plusów które wniósła pandemia w moje życie, a być może nie jestem w tym jedyną osobą. O tóż żyjemy w czasach gonitwy, z dnia na dzień pędzimy przed siebie, tydzień strzela w jeden dzień. Chyba każdy z nas zna to uczucie kiedy planujesz zrobić to i owo a tu zwyczajnie już jest noc. Dzięki pandemii udało mi się wyhamować, zwolnić prawie do zera. Nagle okazało się że można wcześnie rano obudzić się bez budzika, wstać bez żadnego problemu, zdążyć zjeść śniadanie, posprzątać w domu każdą szufladkę i zakamarek, zwyczajnie nadrobić zaległości. Wiecej czasu też spędzam z moim synem. Fajnie jest sobie porozmawiać na rożne tematy, zjeść razem posiłek, ugotować coś na spokojnie bez żadnych goniących myśli w tle. Dawno się nie czułam jak prawdziwa domowa gospodyni. Mój syn skończy w tym roku końcem kwietnia 17 lat. Bardzo się interesuje polityką. Dużo śledzi i ogląda. Mam naprawdę godnego przeciwnika do dyskusji. Najgorsze jest to że ten temat króluje w mediach na drugim miejscu zaraz po COVID-19, więc mamy o czym rozmawiać. Nie wątpliwie będzie to przełomowy moment w historii dla kilku pokoleń. Jednak zmierzając do sedna dotychczasowej opowieści to najważniejsze jest to że poczułam nagle spokój, dostałam ogromnego przepływu energii którą na ten moment ładuję w moją twórczość. Po wieloletniej przerwie wróciłam do pisania ikon.
Widocznie jest to moja wewnętrzną potrzebą a przede wszystkim moją modlitwą. Powstała też seria aniołów "Zaklętych w dębie".
Oczywiście w moich ulubionych kolorach. Tradycyjnie tez zrobilam kilka dużych aniołów, napisałam też kilka wierszy.
Jest to moj sposób na przetrwanie obecnej kryzysowej sytuacji. Czuję się wyciszona, spokojna i za razem zwyczajnie szczęśliwa że moge robić to na co zazwyczaj nie mialam. czasu. Zresztą czesto to nawet nie chodzilo o czas tylko o zwykły spokój. Nawet będąc chorą i osłabioną przez antybiotyk pomyślałam że nie mam prawa zmarnować tego cennego czasu. Bardzo ważną kwestią jest to ze publikuje ten artykuł w czasie kiedy zostały wprowadzone pierwsze poluzowania. Mimo wszystko chce się wrócić do normalności, do normalnego i zdrowego świata, do normalnych kontaktów międzyludzkich, podróży i życia towarzyskiego. Mimo wszystko człowiek jest istotą stadną. Jest to niezbędny czynnik do codziennego funkcjonowania w naszym świecie. Jednak teraz będziemy wszyscy inni. Pandemia koronawirusa stała się dla nas ogromnym doświadczeniem i wyzwaniem. Tak na koniec to chciała bym zachęcić was wszystkich do pozytywnych zmian i wyciągnięcia właściwych wniosków z tego co nas wszystkich spotkało. Do bycia wdzięcznym ludziom którzy nam pomagają, do szacunku i tolerancji. Także chcę bardzo podziękować wszystkim moim fanom którzy na facebookowym fanpage śledzą wszystkie moje poczynania i uczestniczą wirtualnie w mojej twórczości. Wielu z Was mam nadzieję że kiedyś poznam osobiście. Dziękuję też osobom które zakupiły moje ikony a także anioły w tym trudnym czasie. Dzięki Wam mogłam kupić kolejne artykuły w sklepie plastycznym do moich prac. W taki sposób wspieramy cały łańcuszek pokrewnych działalności i brąż. Szanujmy się i doceniajmy to co mamy, rozwijajmy swoje talenty i wiedzę, przy tym pamiętając że tego nam nie odbierze nikt.
Codzienność...nasze myśli, słowa lub czyny, nasze obowiązki, nasze marzenia, nasze cele. Wiecznie obracające się koło napędzone uczuciami, kierowane emocjami. Da się je kontrolować lub nie, ale na pewno warto się tego uczyć. Tylko czy da się kierować tym co wypływa z serca, co drzemie w naszej duszy. Otóż nie do końca.
Głównym i największym napędem w życiu jest miłość. Przybiera ona różne wcielenia i postacie. Jest czymś co nie ma żadnej wartości materialnej. Jest delikatną nicią łączącą nas z innym wymiarem rzeczywistości. Jest natchnieniem pozwalającym odkrywać w sobie niezliczone pokłady możliwości oraz talenty. Jest żywą i rozwijającą ciągle się energią, jest pasją.
Nie da się tego odebrać. Kim jesteśmy bez niej? Każdy ma swoją. Dzięki niej rozwijamy się, kreujemy własny i naszego życia wizerunek. Wszystko co wynika z pasji ma korzenie w sercu i naszej duszy.
Oglądając moje prace a także czytając to co piszę, pewnie zauważyliście że są to nieodłączne elementy mojego życia, zrodzone właśnie z pasji. A dziś właśnie chcę podzielić się w Wami czymś o czym jeszcze nie wspominałam. Pisałam już o miłości do kwiatów, aniołów, o miłości do drewna, wspomniałam również o sprzęcie do obróbki drewna. Kocham to wszystko! Lecz dziś chciałabym opowiedzieć o farbach.
Towarzyszą większości z nas od wczesnego dzieciństwa. Jest to świat barw i konsystencji. W moim przypadku już samo posiadanie przyprawia mnie o niezły dreszczyk emocji. Mogę wydać na nie ostatnie pieniądze. Sprawia mi to ogromną przyjemność już samo patrzenie na nie. Jadąc do sklepu plastycznego lub budowlanego oglądam wszystko co jest dostępne.
W takich momentach mnożące się pomysły w mojej głowie wprowadzają mnie w stan pewnej ekstazy. Już myślę co zrobię z tym czy innym kolorem, co nim pokryję lub jakie wykonam elementy dekoracyjne moich prac. Obecność mieszalników do farb w każdym większym sklepie daje jeszcze większe możliwości do uzyskania odpowiednich barw. Kupując farby doznaję ogromnej euforii, mam uśmiech od ucha do ucha. Ma się ochotę zamieszać patykiem lub pomaziać pędzelkiem tu i teraz.
To tak jak z jedzeniem, które kusi swoim zapachem. Lecz w tym przypadku jest to coś co cieszy nasze oko, co pobudza wyobraźnię a nawet pragnienie.
Kolory i barwy są nieodłącznym elementem naszego życia. Są one też naszymi emocjami. Nie na darmo jest wiele pradawnych zabobonów związanych z kolorami Co prawda gdzieś już one powoli zanikają. Niemniej jednak mamy świadomość oraz skłonność do kojarzenia kolorów z wydarzeniami z życia. Tylko że farby mają dodatkowy atut. Pomijając całą paletę barw z którą się spotykamy na co dzień w przyrodzie lub domowym otoczeniu, farby mają swoją postać. Są emulsyjne, akrylowe, wodne, olejne i pewnie znalazło by się jeszcze wiele innych rodzajów. Każda z nich ma inna konsystencję, pigmentację, przeznaczenie, zapach i czas schnięcia. Trzeba też przyznać że przez ostatnie lata jakość farb wzrosła niesamowicie.
Bez farb nie byłoby "Marysi od Aniołów", są one dla mnie unikalnym istotnym składnikiem tworzącym moją pasję. Bez miłości do nich nie było by całego procesu tworzenia i też kształcenia się. Przez te wszystkie lata zdobyłam trochę doświadczenia, poznałam kilka tajników oraz trików. Ale o tym chcę Wam napisać w moim następnym poście.
Tymczasem sami spróbujcie zanurzyć rękę w gładkiej mazi farby, poczujcie jej aksamitny dotyk- dotyk pasji.
W tym miejscu zaprezentuje wam moje ostatnie prace w głównej roli z "królową" żywicą epoksydową. Tajemnicza, wybredną, wymagającą i też kosztowną, a zarazem kuszącą i grzechu wartą materią. Od wielu lat wzbudzała moje zainteresowanie i zawsze mi się podobały prace z jej obecnością.No tak!
Dokładnie rok temu zainwestowałam w jej zakup zarówno środki jak i mój czas. Mnóstwo go poświęciłam na oglądanie postów z jej udziałem, a moja fascynacja rosła i rosła. W taki sposób powstały moje pierwsze anioły o nazwie "Leśny Anioł" gdzie wyrzeźbione elementy zostały nią zalane.
Długo się za to zabierałam, bałam się że coś zepsuję, że coś pójdzie nie tak. No i w końcu...nastał ten dzień. Zmieszałam epidian z żywicą, szczerze...to tak trochę na oko, na moje wyczucie. Raczej nie trzymałam się wytycznych co do proporcji, bo jak zawsze czegoś zabrakło, a tu pojemnika, a tu wagi. No cóż...kto jak nie ja .
W tamten piątek napełniłam wyznaczoną przestrzeń tym tajemniczym płynem, zostawiłam i czekałam na efekty mojego kombinowania. Ledwo-ledwo wytrzymałam do poniedziałku. Już wczesnym rankiem pojechałam sprawdzić co z tego wyszło i ku mojemu zaskoczeniu udało się!!! Jak się okazało w kilku miejscach była matowa. Tylko czy wszystko musi być idealne? Przecież cały urok polega na procesie uczenia się, metodą prób i błędów zdobywamy doświadczenie, każdy kolejny stawiany krok prowadzi nas do celu.
Jakiś tydzień temu znowu postawiłam moje kolejne kroki w zabawie z żywicą. Tym razem starannie się przygotowałam. Pojemniki, strzykaweczki, a przede wszystkim waga. Trzymałam się instrukcji jak tylko się dało. Przyznaję , że wypełnienie tegorocznych aniołów nie ma żadnego porównania do moich pierwszych prac. Teraz wiem że żywica epoksydowa wymaga staranności, dokładności oraz cierpliwości. Myślę, że moja pasja do niej pozwoli mi poznać jej tajemnicę.
Jestem bardzo zadowolona z efektu końcowego. Pozostało jeszcze troszkę popracować nad aniołami, wykonać kilka ruchów szlifierką, ładnie zaimpregnować .Po czym będą mogły przyfrunąć do naszego sklepu internetowego, wzbogacając jego ofertę.
Od 12 lat zajmuję się prowadzeniem mojej małej kwiaciarni oraz tworzę swój anielski świat. 2018 rok przyniósł mi wiele pozytywnych zmian.
Kroki, które w nim poczyniłam już przyniosły pierwsze efekty i mam też cichą nadzieję i wiarę w to, że spełnię swoje marzenia. Z własnego doświadczenia wiem, że marzenia się spełniają!
Po raz pierwszy w życiu postawiłam na reklamę. Założyłam stronę na Facebooku. Długo się zastanawiałam jak mam ja nazwać. Podczas długiego mroźnego zimowego wieczoru rozważałam jak to ma być... Bieszczady, anioły, miłość do nich. Jak to połączyć żeby każdy zapamiętał... I tak właśnie powstała Bieszczadzka Aniołomania. Już pierwsze posty pokazały Wasze spore zainteresowanie. Utwierdziło mnie w tym, że warto, że moja pasja ma sens i chcę ją rozwijać.
Przy pomocy moich przyjaciół za chwilę powstała też strona internetowa wraz ze sklepem i blogiem. Już dawno mnie do tego namawiano, ale wcześniej nie byłam gotowa. Muszę się też przyznać że z komputerem żyję na bakier więc było i jest nadal to dla mnie spore wyzwanie, ale nauka w las nie idzie, całe swoje życie się uczymy.
Cały ubiegły rok był bardzo pracowity. Po kilku latach przerwy z różnych powodów na nowo zaczęłam uczestniczyć w lokalnych targach, festiwalach, imprezach, a nawet poszerzyłam swoje horyzonty w Polsce :-))).
Udało mi się też opatentować swoją Bieszczadzką Aniołomanię wraz z produktami w Urzędzie Patentowym. Długie czekanie na decyzję opłaciło się, radość z posiadania certyfikatu jest bezcenna. Nie tylko przez to, że nasze produkty zyskały markę ale też i to, że ta marka jest teraz prawnie chroniona. W 2018 roku powstało też logo Bieszczadzkiej Aniołomanii- i jak to zwykle ja Zosia- Samosia, musiałam je narysować sama. Dzięki temu teraz wszystkie nasze produkty oraz inne pamiątki są sygnowane jego znakiem.
W tym miejscu chcę gorąco podziękować całemu mojemu zespołowi " TEAM MARYSIA" i wszystkim tym, którzy we mnie wierzyli i wspierali mnie w moich poczynaniach. Dziękuję tutaj bardzo gorąco Wioletcie Pasionek oraz Małgorzacie Ludwiczuk za założenie mojej strony internetowej. Za okazaną cierpliwość i wyrozumiałość co do moich pierwszych stawianych kroków w jej obsłudze. Jest to właśnie moje centrum dowodzenia Bieszczadzka-Aniołomania.pl w Warszawie, o którym wspomniałam w poprzednim poście. Dziękuję też wszystkim moim przyjaciołom, z którymi pracuję codziennie, którzy podzielają nie tylko moją pasję a także codzienne życie w Ustrzykach Dolnych.
Myślę, że 2018 rok stał się moim nowym początkiem w rozwoju wieloletniej pasji, którą będę pogłębiać i doskonalić. Myślę, że był to rok kiedy WYPROSTOWAŁAM SKRZYDŁA. Teraz zostaje tylko LATAĆ
Czego również życzę Wam.
Hej.
Spójrz przez okno . Co tam widzisz? Noc. Jest ciemno, zmrożone samochody stoją na
parkingu pod twoim domem. Gdzieś świecą latarnie, wynurzone z mieniącego się
śniegu w blasku żarówek. Zastanawiam się czy zobaczysz coś więcej. Co przykuje twoja
uwagę? Moją- gwiazdy. Jest ich mnóstwo. Połyskują sobie cicho i spokojnie. Żyją swoim własnym życiem. Mają je w każdym zakamarku nieba. Jedne świeca mocniej, inne słabiej. Jedne się rodzą, inne umierają. Moim zdaniem te najpiękniejsze gwiazdy mieszkają w Bieszczadach. Oświetlają połoniny i łasy, potoki i rzeki. Świecą prawdziwie i spadają romantycznie. Natchnione duchem gór niosą pradawny przekaz i tradycje.
Jest jednak jedna jedyna z najważniejszych-Bożonarodzeniowa Gwiazda. Co roku się
pojawia nad nocna linia bieszczadzkich krajobrazów. Każdy na nią czeka, lecz nie każdy się doczeka. Mamy okazje podarować bliskim w tą wspaniałą tajemniczą ponadczasową noc coś od serca ,przepełnionego miłością, zadumą i refleksją. Niech drobny upominek wywoła wielki uśmiech, niech dobre słowo życzeń odbiję się wesołym echem w Bieszczadach, niech nasz
anielski upominek uskrzydli marzenia, przyniesie po prostu szczęście. Niech wywoła
ciekawość i chęć odwiedzenia krainy bieszczadzkich gór.
Mało kto wie, że gdzieś w przygranicznym miasteczku na południowym wschodzie Polski jest sobie rzeka, niepowtarzalna, Strwiążem zwana. Jej nietypowość związana jest jest z tym, że jej wody zasilają Morze Czarne a nie jak większość polskich rzek Bałtyk
Każda rzeka mniejsza czy większa z reguły ma swoją legendę lub krwawą historię. Legendę swoją ma od niedawna i Strwiąż. Na pomysł stworzenia podania o Strwiążu wpadło Bieszczadzkie Centrum Turystyki i Promocji w Ustrzykach Dolnych- ta nowa historia o starych czasach ma przybliżyć mieszkańcom rzekę, uczłowieczyć ją a przez co wzbudzić przywiązanie do tego niepozornego ale pięknego potoku.
Mam nadzieję, że dzięki legendzie rzeka powróci do miasta, które do tej pory odwracało się do niej plecami, że na bazie tej bajki powstanie wiele cennych inicjatyw i nowych ustrzyckich tradycji. Jedna już się urodziła i na szczęście trwa- czyli coroczne sprzątanie Strwiąża zakończone wspólnym ogniskiem dla mieszkańców biorących udział w akcji.
Jestem dumna z tego, że i mi przypadło w udziale współtworzenie legendy- a właściwie jej wizualna oprawa czyli zrobienie statuetki- podobizny bohatera legendy Balka- Strwiążana. Nici z tataraku, szaty z resztek w wodzie znalezionych, oczy z rybich łusek a brakujące części ciała mchem upchane...
Ciekawe jak Wy wyobrażacie sobie Strwiąża, który żył dawno, dawno temu...
W malutkiej miejscowości Ustrzyki żyło sobie plemię, które szczególnie ceniło sobie niepozorny nurt rzeki przepływającej przez osadę. Rzeka dawała im życiodajną wodę potrzebną do prac domowych i nawadniania pól. Niestety po wielu tłustych latach dostatku i składania wota bogu Stuposianowi wioskę nawiedziła przeraźliwa susza a nurt rzeki wysechł. Ziemia przestała rodzić plony i nastała klęska głodu, trwająca wiele lat. Nie chciano - bacząc na skutki pychy poprzednich pokoleń – wzywać do pomocy bogów, aby ci w swej złośliwości nie zemścili się na mieszkańcach. Tkwili więc Dolinianie w martwym punkcie, nie wiedząc co począć ze swoim nieszczęściem. Żył jednakoż w Ustrzykach Balbes, wioskowy głupek Balkiem zwany. Mężczyzna mrukliwy i odludek, często złoszczący się na wszystko i wszystkich. Przyznać muszę, że bali się mieszkańcy wioski jego dziwactw. Niejedni mówili nawet, że widzieli go jak ze zwierzętami wodnymi rozmawia, bo Balek całe dnie nad wodą spędzał, zaś on sam twierdził, że zwierzęta owe posłuszne mu są. Matula Balka jego dziwactwa akceptowała a czasami nawet żartowała sobie, że synem samego Stuposiana jest- boga rzek. Susza nie ominęła jednak i Balka bo przez nią tracił on swoje ulubione miejsca zabaw i stworzenia do których zwykł przemawiać. Postanowił temu zaradzić. Stanął tedy pewnego dnia na środku wsi na starej skrzynce i powszechne kpiny wzbudzając zawołał, że ma sposób na suszy powstrzymanie. Ale jak, ale co, ano tak: "rozmawiał jam ze stworzeniem wodnym i o pomoc prosił o wstawiennictwo do ojca mego– Stuposiana, o deszcz. Ludzie pychy tej słuchać nie chcieli, wiedząc, że głupiec bluźni ale uciszyć nijak go było, bo do pomysłów swych Balek był mocno przekonany. Dla spokoju świętego przytaknęli głupkowi i czyn mu oddali by wodę do wioski sprowadził i tak nie wierząc, że coś wskórać może. Całej chryi przysłuchiwał się z politowaniem bóg Stuposian- wód i deszczu władca. Postanowił po raz kolejny dać nauczkę człowiekowi za pychę jego, że mianem boskiego syna ośmiela się mianować. Uknuł, że tego dnia, kiedy Balek będzie zwierzęta wodne o powrót nad wyschnięte brzegi prosić, te usłuchają go i wrócą, ziemia pocić się będzie źródełkami a niebo zaciągnie się chmurami. Sam Balek, widząc swoją władzę nad wodą w pychę ogromną popadł i pewien był, że ogłoszą go wkrótce panem wioski. Nie wiedział jednak, że jest jedynie igraszką dla Stuposiana. Zesłał jednakoż bóg srogi na Balka dar mowy zwierzęcej rozumienie a stworzenia owe przekazały mu, że dnia tego i tego koryto rzeki wypełni się wodą a susza nie powróci jeśli Balek na środku wyschniętego koryta na tratwie stanie, mieszkańcy wioski zaś dary przynieść powinni i na brzegu złożyć muszą. Kiedy nadszedł ów dzień, odświętnie ubrany w kapłańskie szaty Balek stanął na wybudowane platformie i grzmiał na lud. Bluźniąc Bogiem się ogłosił, wzywał Stuposiana i jego żywioły. Na to tylko czekał złośliwy Stuposian. Spuścił na ziemię lunęły hektolitry wody, a korytem popłynął dziki i niszczący nurt. Ludzie uciekali w popłochu, bo woda pożerała wszystko, co spotkała na swojej drodze, nie zdążył tylko owładnięty szałem Balek. Porwała go szalejąca kipiel wody a wodne zwierzęta rozszarpywały jego ciało na kawałki . Woda jednak powróciła do krainy Dolinian okupiona ofiarą Balbesa
Nad doczesnymi szczątkami Balbesa ulitowały się wodnice i w tajemnicy przed Stuposianem, złączyły resztki głupka w jedno ciało. Jako nici użyły tataraku, miejsca wyjedzone przez zwierzęta upchały mchem, za oczy służyły teraz Balkowi rybie łuski. Zamiast języka miał rybi ogon, a w miejsce serca, zajął kamień z dna rzeki. Ubrania Balbes dostał z kaczego puchu i liści łopianu. Nowe imię wioskowego głupka nadane przez stworzenia wodne brzmiało Strwiążan, -syn Strwiąża. Tak oto powstał upiór- duch rzeki Strwiąż- choć nie taki był zamysł poczciwych wodnic. Chciały one jedynie dopomóc nieszczęśnikowi, któremu nikt nie sprawił pogrzebu. Życie, które w niego tchnęły nie było życiem doczesnym jeno pozagrobowym. Do dziś stwór- upiór o imieniu Strwiążan chodzi nocami wzdłuż rzeki, przeganiając żaby i strasząc ludzi. Pójdź proszę kiedyś o północy nad Strwiąż i posłuchaj niepokojących chluśnięć wody. To nie wiatr a Strwiążan chodzi wzdłuż koryta i czeka na swoją zapłatę za sprowadzenie wody dla wioski. Niektórzy mówią, że to nie prawda jest, że Strwiążan jedynie rozumu szuka, którego nigdy nie miał. A ja mówię Wam, że nieszczęśnik ten pokutę za swą pychę nad rzeką odprawia.
Jadą wozy kolorowe taborami
Jadą wozy kolorowe wieczorami
Może z liści spadających im powróży
Wiatr cygański wierny kompan ich podróży...
Ale dziś nie będzie o cygańskich wozach choć one równie kolorowe co ten mój. Ustrzyckie Święto Chleba przejęło tradycję celebrowania zakończenia żniw z wioski Dźwiniacz. Już od kilku lat zatem ściągają kolorowe korowody rolników, młynarzy i cukierników do Ustrzyk by podziękować Matce Boskiej Zielnej za udane zbiory. Przy okazji tego święta przyjaciółka, znająca moje zamiłowanie do wszelakich świąt ludowych poprosiła mnie o zrobienie nietypowej dekoracji- wymalowania wozu drabiniastego. Miało kojarzyć się z dobrobytem i dożynkami, miało być kolorowo, bogato i przaśnie. A to woda na mój młyn... Dla mnie żniwa to pola złotych łanów zbóż poprzetykane gęsto dzikimi makami i chabrami. Maki to jedne z moich ukochanych kwiatów, zachwycają mnie swoją prostotą a jednocześnie hardością. Są jak janosikowa Maryna- piękne, dumne a jednocześnie w swej kruchości silne i wszędobylskie. Wcisną się wszędzie.
Projektując wygląd wozu chciałam, żeby przypominał trochę ornamenty na strojach ludowych, ale żeby przede wszystkim kojarzył się właśnie z łanami zbóż, z których gęsto przebijają się kwiaty. Marzyło mi się oddanie kolorytu wioski jaki pamiętam z dzieciństwa z wakacji spędzanych na wsi. Dziś chcę dla mojego syna ocalić od zapomnienia wozy drabiniaste wypełnione pachnącymi snopkami zboża, zwożonymi do stodół, zapach świeżo wymłóconego ziarna i złoty pył unoszący się w stodole, kobiety w białych koszulach z podwiniętymi halkami, odsłaniające bezwstydnie łydki, bo gorąco, gliniane naczynia wypełnione kompotem ze świeżo zerwanych wiśni i pajdy chleba ze smalcem... Dzięki takim inicjatywom jak ustrzyckie Święto Chleba mam możliwość przenieść się w wyobraźni do dzieciństwa, ale to co najważniejsze pokazywać Tomkowi świat, który powoli odchodzi w zapomnienie.