Ten wpis będzie o tym dlaczego warto wychodzić ze swojej strefy komfortu oraz o tym, że dobrze jest gdy Dobry Bóg jednak nie słucha wszystkich naszych modlitw. No ale od początku…

Pamiętajcie, by wypowiadając głośno życzenie zastanowić się tysiąc razy nad jego sensem, bo życie lubi płatać figle i rzucać nam kłody pod nogi. Moje życzenie wypowiedziane kiedyś na głos przy przyjacielu brzmiało „pojechałabym w góry na Ukrainę, w ukraińskie Bieszczady Wschodnie, odetchnąć od trosk, być na szczycie Góry tylko ze swoimi myślami i z Nią, z Górą, nawet teraz”. Patetyczne myśli jak u rasowego himalaisty przetaczały się przez głowę. No to dostałam co chciałam.

W poniedziałek niespodziewany telefon od Pana Marka- Marysia w piątek ruszamy! Ale jak to? Gdzie? Po co? Teraz to nie… Pogoda, niebezpiecznie… Dużo pracy. Chyba nie jadę… A może jednak jadę… Jadę nie jadę… Tysiące za i tysiące przeciw, by za chwilę ostatecznie skakać z radości do sufitu. I tak do piątku. Radość przemieszana z wątpliwościami i tysiącem wymówek, dlaczego nie. Ostatecznie w czwartek klamka zapadła, nigdzie nie jadę, argumenty przeciw przeważyły: bo bardzo pada, bo nie lubię zimy, co będzie jak zmoknę, przeziębienie. Strach, lenistwo i kiepski humor przeważył nad radością. Chociaż ostateczną decyzję miałam podjąć w ostatniej chwili. Czwartkowy wieczór spędziłam jak „stara dewotka” modląc się o deszcz, śnieg i siedem plag egipskich by z czystym sumieniem móc się wymiksować ze spełnienia swojego marzenia.

Niestety Pan Bóg strzela a diabeł kule nosi… jak na złość w piątek już od rana świeciło słoneczko. Odwrotu nie ma. Mus to mus. Jadę. Spakowałam się w ostatniej chwili, w głowie kołowrotek, co oprócz kuszy na niedźwiedzie i filtra do uzdatniania wody z kałuży może się przydać w plenerze. No dobra raz się żyje. Może czasem krótko, ale ważne, że intensywnie. Nie można przecież żyć tylko pracą a wyjazd nie musi być przemyślany i zaplanowany, że nie musi to być daleka podróż, żeby czerpać tyle przyjemności.

Nasz wesoły autobus mknął przez polsko- ukraińskie drogi przez całą noc by o świcie dotrzeć do podnóży Karpat Wschodnich, pod ich najwyższy szczyt- Pikuj. Wejście na Górę potraktowałam jako moją osobistą drogą krzyżową (choć może lepiej zabrzmiałaby Droga Oczyszczenia). Tak jak w piosence KSU „Za mgłą”

Tam na dole zostało
Wszystko to co cię męczy
Patrząc z góry wokoło
Świat wydaje się lepszy

Tam na Górze nie potrafiłam myśleć o sprawach codziennych, choć tak naprawdę najważniejsza była Droga. Nie zdobycie szczytu, nie satysfakcja, że dałam radę. Liczyło się tylko to, że idę, mimo wyczerpania stromizną szlaku, mimo przenikliwego chłodu zimowej już scenerii i wiatru hulającego w suchych o tej porze już trawach. Zapierające dech w piersiach widoki oraz cudowna ekipa sprawiły że zapomniałam na trochę (na zawsze?) o swoich barierach.

Pikuj (1408 m n.p.m.) przywitał nas mroźnym wiatrem i śniegiem. Zmęczenie i radość oczywiście zostały uwiecznione na zdjęciach.

Drugi dzień mojego pobytu w Karpatach to wyprawa na Borżawę (Połoninę Borżawską dla niektórych), której celem było „zdobycie” Wielkiego Wierchu. Ech… co to był za dzień. Niesamowite krajobrazy, ciekawa trasa, słoneczna pogoda no i oczywiście wspaniali ludzie. Nie mogę przy tym nie wspomnieć również o karpackiej architekturze. Piękne malownicze wioski, drewniane domy a przede wszystkim bardzo przyjazna i gościnna miejscowa ludność. Nigdy nie zapomnę widoku dwóch panów stojących na drodze na przeciwko swoich domów popijających herbatkę z pięknych porcelanowych filiżanek. Surrealizm jak z obrazów Dalego.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak jak w piosence „i tak się trudno rozstać…” trzeba było ze łzami w oczach żegnać góry, do których na pewno wrócę. Satysfakcja z wyjazdu bezcenna. Jeszcze przez tydzień lewitowałam powyżej lamperii. Myślami ciągle „łaziłam” po ukraińskich Bieszczadach, na dobre zaszczepiając sobie pasję chodzenia po górach.

Na całe szczęście i w powrotach siła- serce grzeje świąteczna atmosfera dekoracji Bieszczadzkiej Aniołomanii- przybywajcie podziwiać.

P.S. Całą naszą ekipę serdecznie pozdrawiam ! Dziękuję za wspaniały czas. Panie Marku, co Nie?

A to mój poetycki efekt walki z Górą i Drogą. W drodze na szczyt- myśli tysiące

Upojona światem połonin
Ukojona szczytami gór
Wymęczona milionem kroków
Rozmarzona wśród gwiazd i chmur.
Zabujana w tysiącach metrów,
Wyciszona w przestrzeni lasu
Zakochana jak małe dziecko
Zatracona w magicznym czasie.